in Felietony

Życie jest za krótkie, żeby czytać złe książki

at

Macie czasem tak, że czytając daną książkę od początku wiecie, że nie trafia w wasz gust i nie będziecie mieli przyjemności z jej czytania, ale mimo wszystko się zmuszacie? Macie nadzieję, że jednak z czasem autor zmieni kurs, albo po prostu łudzicie się, że może zakończenie uratuje całość? Zaczęłam ostatnio mocniej zastanawiać się nad tą kwestią i swoimi wyborami czytelniczymi.

DSC_2834

Z roku na rok staram się czytać coraz więcej książek, bić własne rekordy. Odczuwam przez to powiększający się głód posiadania ogromnej biblioteczki, teraz, natychmiast, co doprowadza często do mało przemyślanych zakupów (ze wstydem przyznaję, że rzadko korzystam z bibliotek, jeśli chodzi o beletrystykę). Jak przecież można oprzeć się temu wielkiemu koszowi książek w Carrefourze w mega promocyjnej cenie, bo jedynie 9,99 zł za egzemplarz? Zamiast kupić jedną dobrą książkę w księgarni, decyduję się na trzy „bylejakie” z hipermarketowej wyprzedaży. Przecież dzięki temu moja biblioteczka będzie jeszcze większa w krótszym czasie. Potem przychodzi czas, kiedy te książki trzeba przeczytać. I tu zaczynają się schody…

Czy każda książka zasługuje na naszą uwagę i przeczytanie jej od deski do deski? Nawet wtedy, kiedy już od pierwszych stron wiemy, że jej czytanie będzie męczące, bo zupełnie nie trafia w nasz gust? Jeszcze do niedawna zmuszałam się do czytania takich lektur, bo przecież po coś tę książkę kupiłam. Jeśli wydałam na nią nawet te 9,99 zł, to i tak muszę ją przeczytać, bo kiedy odłożę ją po przeczytaniu ledwie kilku stron, w moim mniemaniu będzie to marnowanie pieniędzy. Dopiero niedawno dotarło do mnie, że czytanie powieści na siłę to marnowanie mojego czasu, który mogłabym przeznaczyć na dużo lepszą i wartościowszą lekturę. To ma sens!

Studia i życie prywatne pochłaniają dużo mojego czasu, przez co chwil na błogie zatopienie się w lekturze jest coraz mniej. Uświadomiłam sobie, że zmuszanie się do czytania książek, które nic mi nie dają, a już na pewno nie relaks i odprężenie, jest bezsensowne i dodatkowo marnuje te nieliczne wolne chwile na lekturę, które mogłabym poświęcić innej, lepszej książce. Co z tego, że nie poznam zakończenia historii, która przestaje mnie interesować już przy pierwszych stronach powieści? Nie muszę przecież czytać wszystkich książek świata (choć czasem mnie to frustruje, bo bardzo bym chciała…). Czytanie ma mi sprawiać przyjemność i być dla mnie momentem wyjścia z szarego, codziennego świata do fascynującej i pochłaniającej fikcyjnej opowieści a nie przymusem, niczym wspomnienia szkolne z czytania nudnych lektur szkolnych.

DSC_2359

Kiedy uświadomiłam sobie to marnotrawstwo czasu, bez skrupułów przerwałam czytaną właśnie lekturę. I o dziwo nie mam nawet wyrzutów sumienia :). Przyjrzałam się dokładniej swoim ostatnim książkowym nabytkom, zrobiłam w nich mały przegląd (kilka pójdzie na wymianę) i od razu mi lżej. Od dziś zamierzam bardziej zwracać uwagę na to, jakie książki kupuję. Każdy taki zakup będzie poprzedzało pytanie: czy na pewno chcę tę książkę później przeczytać? Mam jednak nadzieję, że to nie spowoduje, że moja biblioteczka będzie się zapełniać w wolniejszym tempie. Na to zdecydowanie nie pozwolę 😉

A jaki jest Wasz stosunek do tej kwestii? Zmuszacie się do czytania niezbyt interesujących książek „bo już zaczęliście czytać i głupio zostawić nieprzeczytaną na półce”? Chętnie przeczytam Wasze opinie na ten temat 🙂

Tagi:
Share:

Marth

  • Za czasów podstawówki nie wyobrażałam sobie oddać do biblioteki nieprzeczytanej książki i niekiedy po nocach siedziałam, żeby tylko dokończyć aktualną lekturę – nawet jeśli nie do końca mnie interesowała. Chciałam więcej i szybciej, co poskutkowało tym, że panie w bibliotece nie miały mi już co polecać, bo wszystko przeczytałam ^^
    Natomiast teraz, kiedy jestem już star(sz)a 😀 mam inne podejście… a przynajmniej próbuję. Jeśli coś mi nie leży, nie czytam tego na siłę, po co się męczyć? Poza tym staram się kupować tylko to, co faktycznie mnie interesuje i jedyne nieprzeczytane książki na mojej półce to te w kolejce ‚to read’. Ale przyznam – promocje kuszą 😀 co poradzić na miłość do książek? 😀

    • Kiedyś kusiły mnie promocje w sklepach odzieżowych, teraz te dotyczące książek. To chyba jakaś choroba 😉

  • Przyznam, że bardzo rzadko nie kończę rozpoczętej lektury. Nie wiem czemu, po prostu czułabym się nie fair oceniając ją, mówiąc, że była słaba skoro jej nie skończyłam. Zdarzyło mi się odłożyć książkę (np. Ulisses) ale ze względu na to, że w danym momencie nie miałam nastroju na ten gatunek. Wiem jednak, że do niej wrócę.
    Wydaje mi się, że i tak poprawiłam się trochę, bo staram się odrzucać książki przy wypożyczaniu/kupowaniu, tzn, wybieram tylko te, które wydają mi się ciekawsze, a nie takie, które cała blogosfera poleca (wiele razy już się na tym przejechałam).
    Pozdrawiam,
    http://magiel-kulturalny.blogspot.com/

    • Jeśli chodzi o wielkie dzieła, klasykę, to nawet gdyby na początku ciężko mi się czytało, brnęłabym dalej. W końcu to KLASYKA 😉 Ale są takie książki, masowo teraz pisane, nie dla kunsztu literackiego tylko słabe historyjki, gdzie zachowanie bohaterów denerwuje już od pierwszych stron. I właśnie takie książki zamierzam omijać szerokim łukiem i bez skrupułów kończyć lekturę choćby po 3 stronach.

  • shila

    Ja niestety należę do tych osób, co jak coś zaczną, to muszą skończyć… Nie raz to trwa i parę miesięcy – ale doczytuję książkę do końca. Zawsze łudzę się, że się „rozkręci”. Z drugiej strony – jeśli odłożę nie przeczytaną książkę ciągle myślę o tym, jak ona się skończyła… Staram się rozważnie kupować książki, bo mam mało czasu – ale niestety, wciąż zdarzają mi się „wtopy”.

    • Z tym rozkręceniem różnie bywa. Czasami mam tak, że czytam coś, przez co na początku trudno mi przebrnąć, ale potem książka okazuje się mega wciągająca. Jednak ostatnio zaczęłam czytać powieść, która już od pierwszych stron zalewa mnie głupotą bohaterów i właśnie ta książka zmotywowała mnie do tego wpisu. Jej dalsze czytanie byłoby tylko stratą czasu.

      • Anna

        zdradzisz, co to za powieść? 🙂

        • „W krainie kolibrów” Sofii Caspari. Mój M. wygrał ją dla mnie na lubimyczytać, sama bym jej nie kupiła.

  • Jak ktoś nie ocenia książek po okładce, to potem ma faktycznie problem. JA, cóż, przyznam, że jestem wzrokowcem i okładka musi mnie jakoś do siebie przekonać, co czasami pomaga, a czasami przeszkadza. W każdym razie, jak mi cos nie pasuje, to nie doczytuję, odkładam i czekam, az najdzie mnie nastrój na daną książkę lub od razu ją sprzedaję.

    • Z tym ocenianiem książki po okładce różnie bywa, bo akurat książka, która zmotywowała mnie do tego wpisu miała całkiem fajną okładkę. Tak samo z książką Alice Munro – okładka bardzo mi się podoba, ale książkę średnio mi się czytało.

  • Anna

    Ciekawy temat. Zastanowiłam się, jak to ze mną jest i doszłam do wniosku, że od jakiegoś czasu wybieram raczej te książki, których tematyka mnie interesuje i które chciałabym mieć na półce by móc do nich wracać. Rzadko zdarza mi się nie przeczytać jakiejś od deski do deski. Jeśli tak się zdarza, to dlatego, że książka mnie nudzi bo np. jest napisana ciężkim, monotonnym językiem, bądź jeszcze do niej nie dorosłam/nie rozumiem jej, bohaterowie są irytujący lub generalnie czytanie nie sprawia mi radości 😀 Np. chciałabym kiedyś przeczytać „Braci Karamazow” F. Dostojewskiego. Zaczęłam ale po przeczytaniu paru stron zrozumiałam, że chyba jestem jeszcze „za mała” na tę powieść. Pewnie za jakiś czas do niej wrócę. Odłożyłam też Joannę Bator – „Japoński wachlarz. Powroty”. Byłam zachwycona serią „Piaskowa Góra” i „Ciemno, prawie noc” ale przez „Japoński wachlarz” nie mogłam przebrnąć. Ta książka wydała mi się strasznie nudna. Zmuszałam się do lektury bo „przecież tak lubię styl J. Bator”, ale stwierdziłam, że nic na siłę. Do tej pozycji raczej już nie wrócę.

    Jeszcze chciałabym nawiązać do bicia rekordów. Strasznie chciałam bić swoje rekordy ale złapałam się na tym, że czytam taśmowo i nic nie pamiętam z niektórych książek, bo tak pędziłam do następnych. Więc teraz robię małe przerwy na przemyślenia itd. Moja sąsiadka natomiast czyta niemalże kompulsywnie, dobija co najmniej do 150 książek rocznie i wszystko z każdej pamięta! Chciałabym mieć taki łeb 😀

    • O, to ciekawe co piszesz o książce Bator, bo czytałam właśnie bardzo pozytywne opinie o jej książkach o Japonii. Sama mam w planach sięgnięcie właśnie po „Japoński wachlarz”, bo tak jak i tobie, bardzo podobały mi się „Ciemno, prawie noc” i seria „Piaskowa Góra”.

      Co do rekordów – czytanie mam w genach po mamie i babci. Obie dostały kiedyś nagrodę za wypożyczenie w danym roku największej liczby książek w bibliotece miejskiej 😀

      • Anna

        Wow! No to nie masz wyjścia – musisz pójść w ślady mamy i babci 🙂 🙂 🙂
        Jeszcze wracając do Bator o Japonii – ta książka jest napisana jej językiem, takim.. poetyckim, ale jakoś tak.. miałam wrażenie, że bez polotu. Mi się ciężko czytało, ale wiadomo – co ludź to opinia 🙂

  • Nick Vujicic, czytam właśnie, niebywały człowiek.

    • Zgadzam się w zupełności. Ostatnio czytałam „Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!” (niedługo pojawi się recenzja) i byłam zachwycona książką i postawą Nicka.