Ostatnio w blogosferze książkowej coraz częściej pojawiają się wpisy, w których dziewczyny piszą o zniechęceniu względem współprac recenzenckich, o zmęczeniu materiału. Czytelnicy pewnie myślą: „dostaje książki za darmo i jeszcze narzeka…”, a blogerki przytakują i łączą się w bólu. Czy współprace rzeczywiście są takie złe?

Z początkiem roku przeniosłam się na własną domenę, a mojemu bookstagramowi wybiło 2 tysięcy obserwatorów. To sprawiło, że nagle wydawnictwa dostrzegły Bibliofila i zaczęto pisać do mnie z propozycjami egzemplarzy recenzenckich. Wcześniej współpracowałam jedynie ze Znak Literanova i głównie czytałam swoje książki, na które wydawałam całkiem sporo, nic więc dziwnego, że zachłysnęłam się w tym świecie „sławy” i darmowych nowości, czasem otrzymywanych nawet jeszcze przed premierą. Brałam wszystko, nie ważne czy dany tytuł znajduje się w kręgu moich zainteresowań literackich. Za darmo to za darmo, żal przecież nie brać. Ale czy to rzeczywiście jest takie fajne?

Cały czas stawiam przed sobą wyzwania, starając się z miesiąca na miesiąc czytać coraz więcej. Kiedyś pochłaniałam seriale, teraz pochłaniam książki. Bo chcę, ale również – muszę. Doszło do tego, że nie mam czasu czytać tomów, które sama kupuję, a te, ustawiane w stosik jeden na drugim, coraz bardziej zbliżają się do sufitu.  Zamiast tego czytam egzemplarze recenzenckie. Na ogół nie mam deadlinu, więc właściwie mogłabym przeczytać otrzymane książki kiedy sama zechcę. Jednak siedzi we mnie ten wewnętrzny przymus, głosik, który mówi mi, że wydawnictwa na mnie liczą, że dostałam je po to, aby pomóc przy promocji itd.

Od jakiegoś czasu staram się podchodzić racjonalniej do tematu i brać tylko te książki, które mogą mi się spodobać, pasują do moich zainteresowań. Wciąż jednak siedzi we mnie taki mały zazdrośnik: „o nie, dziewczyna dostała do recenzji książkę, którą bardzo bym chciała, a ja nie…” i to znów wpędza mnie w przygnębienie. Mam wrażenie, że to samonapędzające się koło.

Czy więc współprace są takie złe? Nie! Bardzo się cieszę, że wydawnictwa dostrzegły Bibliofila i poprzez mojego bloga i inne kanały social mediów chcą, abym wsparła ich w promocji. To dowód pewnego zaufania i mogę być z niego tylko dumna. Problemem blogerów jest to, że za duży tych współprac biorą na siebie, za bardzo zachłystują się w możliwości dostawania darmowych książek. I stąd biorą się te nasze „żale”. To po prostu zmęczenie materiału.

Nie zamierzam rezygnować ze współprac, bo m.in. dzięki nim na blogu pojawiają się recenzje nowości. Potrzebny jest jednak rozsądek, którego sobie i innym blogerom książkowym życzę.