Nie planowałam pisać pełnej opinii na blogu, bo przez większość lektury towarzyszyło mi podobne uczucie i nie sądziłam, że będę miała wiele o tej książce do powiedzenia. A jednak ostatnie rozdziały nieco zmieniły moje myślenie.

Kiedy 3 lata temu wydawnictwo Albatros wypuściło «Kirke» (która rozpoczęła przepiękną wydawniczo serię butikową) i był na tę książkę ogromny czał, ja czułam, że chyba miałam o niej złe wyobrażenie i tu widziałam problem w tym, że powieść nie do końca mnie przekonała. «Pieśń o Achillesie» sygnalizuje mi, że niekoniecznie tylko tu był problem.

Problemy z mitologią grecką

Powieści na podstawie losów znanych bóstw i mitów z mitologii greckiej to moim zdaniem rewelacyjny pomysł, ale jednocześnie zarówno «Kirke», jak i teraz «Pieśń o Achillesie» pokazały mi, że to jednak nie moje rejony czytelnicze. Zamiast się zachwycać klimatem, ja się nim irytowałam. Zamiast docenić zbeletryzowanie mitów, które w jakiś sposób stworzyły naszą kulturę (w końcu i my uczymy się o mitologii greckiej w szkole, nie o słowiańskiej), ja dostrzegałam niepasujące mi współczesne słownictwo, irytujące zachowania greckich bogów i tkwiącą w tym bezsensowność. Ale to tylko jeden z problemów, jaki mam z «Pieśnią o Achillesie».

Pieśń o Achillesie - Madeline Miller

Znów ta nieszczęsna pierwszoosobowa narracja

Historię Achillesa poznajemy oczami Patroklosa, jego ukochanego. Wydaje mi się, że gdyby narracja była w trzeciej osobie, gdzieś spoza kadru, dostalibyśmy dużo więcej emocji i napięcia. Opowieść Patroklosa była dla mnie z nich kompletnie wypruta, jakaś taka jałowa, miejscami bardzo nudna. Ani trochę nie czułam chemii między bohaterami, nie widziałam tej wielkiej miłości. Ta pierwszoosobowa narracja sprawiła, że pióro Miller było dla mnie totalnie nijakie, a w efekcie cała książka okazała się być najzwyczajniej nudna. No, może nie cała, bo w końcu przyszły ostatni rozdziały, które sprawiły, że w ogóle do napisania tego tekstu zasiadłam.

Gdyby tylko cała powieść była taka, jak jej ostatnie rozdziały!

Przez sporą część książki zastanawiałam się, jakim cudem wywołuje ona w innych czytelnikach tyle emocji. I kiedy dotarłam do ostatnich rozdziałów, wszystko stało się jasne. Jasne, ale niestety było już za późno, żebym i ja coś poczuła. Te końcowe rozdziały zawierają więcej pasji i emocji, niż wcześniejsze 3/4 książki. Gdyby cała historia była tak opowiedziana, może też zakochałabym się w opowieści o Achillesie i Patroklosie. Przy ostatnich rozdziałach wreszcie zobaczyłam w tej książce potencjał, który dla mnie ostatecznie został stracony. Bardzo żałuję tej pierwszoosobowej narracji i w efekcie wyprania w moich oczach związku Achillesa i Patroklosa z tego, czym on dla czytelnika miał być i jakie uczucia w nim wzbudzić. We mnie niestety nie wzbudził nic i kompletnie tego nie czułam.

Pieśń o Achillesie - Madeline Miller

Podsumowując

Sama już nie wiem, czy moim problemem jest zbeletryzowana mitologia, czy jednak najzwyczajniej pióro Miller bądź samo tłumaczenie. Może w oryginale zachwyciłabym się tą pierwszoosobową narracją. Nie wiem. A tak czuję po raz kolejny lekkie rozczarowanie. Szkoda.

Tekst zostawię bez werdyktu, bo nie umiem stwierdzić, że odradzam tę powieść.

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros