Jeśli widzieliście wpis z wrześniowymi zapowiedziami wydawniczymi, to na pewno zauważyliście, że na dwie książki czekałam wyjątkowo mocno. Jedną z nich już przeczytałam i czas w końcu wam o niej opowiedzieć.

Autorka „Czerwonej baśni”, Wiktoria Korzeniewska, to moja bookstagramowa znajoma. Udało nam się też raz spotkać na żywo, więc nie powinno was dziwić, że na jej debiut literacki bardzo mocno czekałam i jak tylko książka pojawiła się w przedsprzedaży, od razu ją kupiłam. No i cóż wam mogę rzec?

A co, jeśli „Czerwona baśń” mnie zawiedzie?

Lekturę debiutu Wiktorii zaczynałam z pewnym wewnętrznym dysonansem. Z jednej strony byłam ogromnie ciekawa tej historii, w końcu kibicowałam autorce z jej wydaniem i bardzo na swój egzemplarz gotowej już książki czekałam. Z drugiej zaś czułam lekki lęk, że mi się nie spodoba, że mnie zawiedzie i będę musiała sprawić Wiktorii przykrość. „Czerwoną baśń” zaczęłam więc czytać z duszą na ramieniu, ale szybko się okazało, że ten lekki stres nie był potrzebny. Historia w niej opisana broni się sama i to już od pierwszych zdań. 

Czerwona baśń - Wiktoria Korzeniewska

Takiego języka pozazdrości ci niejeden polski pisarz

Czytając „Czerwoną baśń”, ciężko uwierzyć, że autorka jest Rosjanką, że języka polskiego zaczęła się uczyć już jako nastolatka po przeprowadzce do Polski i że książkę również od początku do końca napisała po polsku właśnie. To, jak zbudowane są zdania w tej książce i jaki przekaz za sobą niosą, to czysta poezja. Nie jeden rodzimy autor mógłby Wiktorii pozazdrościć takiego języka. Zdania nie tylko zachwycają pięknem składni i słownictwem, ale też tym, że ani trochę nie są przesadzone. Zdarza się, że pisarze nie mają hamulców i jak już zaczną z patetyczną formą, to nie wiedzą, kiedy skończyć, przez co czytelnik zaczyna być tym zabiegiem zmęczony, czuje się pouczany. Ile w jednej powieści można znieść wzniosłych myśli? W „Czerwonej baśni” jest to idealnie wyważone i naprawdę jestem tym faktem zachwycona.

To nie jest baśń dla dzieci

Jeśli spodziewacie się uroczej wariacji na temat Czerwonego Kapturka, możecie się srogo zdziwić. Wiktoria od samego początku reklamowała swoją książkę hasłem „Nie wchodź do lasu” i po lekturze „Czerwonej baśń” każdy przyzna, że jest ono wyjątkowo trafne. Powieść Wiktorii jest mroczna, czasami wręcz makabryczna, lekko podchodząc pod horror. To zdecydowanie nie jest książka dla małych dzieci. Powiedziałabym, że to baśń dla dorosłych, może nawet 18+ (no dobra, 16). Niby nie powinno, bo Wiktoria ostrzegała, ale jednak nieco mnie zaskoczyła aż taka dosadność pewnych scen. Na szczęście, bo za horrorami nie przepadam, jest ich niewiele, a te, które są, nadają powieści wyjątkowy klimat.

Nie mam uwag, no, prawie

Do fabuły książki, języka itd. nie mogę się przyczepić. Uważam, że „Czerwona baśń” to wspaniały debiut i pozostaje mi jedynie pogratulować Wiktorii tak dobrej historii. Jedyne, do czego mogę i muszę się przyczepić, to jej wydanie. „Czerwona baśń” zdecydowanie zasługuje na większy format w twardej oprawie, solidny grzbiet z wyraźnym, zdobionym tytułem oraz imieniem i nazwiskiem autorki i na kilka ilustracji w środku, które podkreśliłyby mroczność tej historii. Obecna forma książki jest niestety mało zachwycająca. Okładka jest przepiękna, ale książka cieniutka i licha. 

Podsumowując

„Czerwona baśń” to wspaniały debiut. Autorka fantastycznie podeszła do wariacji na temat Czerwonego Kapturka, język książki robi ogromne wrażenie, tak jak i historia, która zaskakuje swoją mrocznością. Żal jedynie wydanie, bo ta powieść zasługuje na lepszą oprawę. Książki nie znajdziecie w księgarniach, możecie ją zamówić jedynie na stronie wydawnictwa Aniversum.

Werdykt: TO READ!!!