O Mikołaju Łozińskim nie słyszałam nic. O „Stramerze” w okolicach jego premiery też nie. A potem nagle w grudniu okazuje się, że wymienia się tę książkę jako najlepszą powieść roku. Pomyślałam więc, że moja akcja #styczeńpopolsku to idealny moment, aby sprawdzić, o co tyle hałasu.

Opis na tylnej okładce zapowiada historię rodzinną, a ja takie uwielbiam. Z recenzji wynikało, że będzie to saga, czyli w moim rozumieniu opowieść o kilku pokoleniach – jeszcze lepiej. Odpaliłam więc czytnik, zasiadłam do lektury i… przepadłam.

„Stramer” najlepszą powieścią roku 2019?

Już od dłuższego czasu daleka jestem od twierdzenia, że polska literatura jest słaba, a jeszcze bardziej uświadomił mi to ubiegłoroczny #styczeńpopolsku. Przeczytałam wtedy m.in. „Miłość” Karpowicza, „Zrób mi jakąś krzywdę” Żulczyka i „Biegunów” Tokarczuk. To była prawdziwa literacka uczta. W tym roku za cel obrałam sobie poznać kilku nowych autorów, więc Mikołaj Łoziński idealnie się napatoczył. Rok zaczęłam właśnie z jego „Stramerem” i zaskoczyło mnie, jak dobrze czyta się tę powieść. Przyznam, że po tych wszystkich zachwytach sądziłam, że to będzie jakaś ciężka książka w stylu ą i ę, a okazała się być pod każdym względem powieścią z gatunku tych, które uwielbiam. Momentami przypominała mi wspaniałą „Piaskową Górę” Joanny Bator z tymi swoimi absurdami i humorem, z historią, która działa się w zupełnie innych czasach.

Nie wiedziałam, na jaką historię się piszę

Sięgając po „Stramera”, niezupełnie wiedziałam, po jaką opowieść sięgam. Nie wczytałam się w opis, nie zdawałam sobie sprawy, że bohaterami jest rodzina Żydów i że akcja powieści rozpoczyna się na początku XX wieku. I bardzo dobrze, że nie wiedziałam, bo wtedy mogłabym nie dać szansy tej książce. Unikam tematu Holokaustu, antysemityzmu, obozów koncentracyjnych. Zwłaszcza tego ostatniego. Ogromnie mnie przytłacza i świadomie rezygnuję z popularnej ostatnio tzw. literatury obozowej. Zdarza mi się robić wyjątki, ale świadomie robię to bardzo rzadko. Kiedy zaczęłam powieść Łozińskiego i zorientowałam się, że bohaterami jest żydowska rodzina, nie od razu dotarło do mnie dokąd ta historia zmierza. Początkowo po prostu delektowałam się przyjemnym stylem autora, zabawną nieudolnością głowy rodziny tytułowych Stramerów, różnymi pomniejszymi historiami jego żony i licznego potomstwa. Autor nie wspomina o datach, nie ma wzmianek o roku, w którym znajdują się w danej chwili bohaterowie, nawet gdy nagle przeskakujemy o kilka lat do przodu (co zresztą, mowa o tym zabiegu, bardzo mi się podoba), nie ułatwił mi więc sprawy ze zrozumieniu, że zbliżamy się do tego momentu historii Polski i świata, który najchętniej byśmy wymazali.

Stramer - Mikołaj Łozińśki

„Stramer” jest jak dojrzewanie człowieka. Od niewinności do okrutnego świata dorosłości

Na Instagramie ktoś określił tę powieść mianem przyjemnej. Faktycznie taka jest, ale do czasu. Zaczyna się niewinnie, jak zwykła historia (żydowskiej) rodziny: jej głowa, czyli Nathan, wróciła ze Stanów dla pięknej Rywki, ale mimo założenia rodziny z ukochaną kobietą, nie potrafi zapomnieć o tym kraju i w swoje wypowiedzi ciągle wpłata jakieś amerykańskie słowa, frazy, zdania. Do tego nie bardzo wychodzą mu kolejne interesy. Mieszka z żoną i szóstką dzieci w dwupokojowym mieszkaniu. Na początku jest spokojnie i niewinnie, gdzieś tam miga antysemityzm, ale raczej w oddali, zupełnie niegroźny. Z biegiem stron, biegiem lat i dojrzewaniem latorośli Nathana i Rywki robi się coraz poważniej, coraz ciemniej. Czytając tę powieść, w głowie siedziała mi taka oto analogia: ta książka jest jak dorastanie przeciętnego człowieka, jak moje dorastanie. Dzieciństwo miałam beztroskie, raz był śmiech, raz łzy, ale przede wszystkim nieświadomość tego, jakie życie naprawdę jest. Mijały lata, ja dorastałam i coraz bardziej dochodziło do mnie, że świat wcale nie jest taki przyjemny. Jako dorosła osoba nagle zaczęłam dostrzegać, jaki jest okrutny, jak źli potrafią być ludzie, jak o wielu rzeczach trzeba myśleć. Tak samo jest ze „Stramerem”. Zaczyna się niewinnie, momentami zabawnie, ale z czasem robi się coraz poważniej, książka dojrzewa z bohaterami, wychodzi do ludzi, do prawdziwego świata, przestaje być już tak przyjemnie, bo ten świat dogonił wreszcie i bohaterów.

Podsumowując

Raczej nie będzie to najlepsza powieść przeczytana przeze mnie w tym roku, ale cieszę się, że właśnie od niej zaczęłam w styczniu, bo to kawał dobrej polskiej literatury i nie dziwią mnie zachwyty nad nią. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć.