Na jakiej podstawie wybieracie książki do lektury? Czym się kierujecie? Czy zawsze czytacie opis fabuły na tylnej okładce, czy wolicie jednak, żeby książka was totalnie zaskoczyła?

U mnie z tymi opisami bywa różnie. Myślę, że mniej więcej w 80% przypadków czytam opis, zaś w 20 zdaję się na okładkę, czyjeś polecenie i zabieram się za lekturę w ciemno. Często jest też tak, że czytam opis pobieżnie, zapamiętuję jakieś charakterystyczne detale, a kiedy zaczynam książkę czytać, właśnie o tych detalach pamiętam. Tylko o nich.

I tak właśnie było w przypadku debiutanckiej powieści Michaela Sowy.

Śląsk w Teksasie, ale co dalej?

Kiedy dostałam maila z propozycją współpracy przy promocji «Tam, gdzie nie pada», opis tej powieści mocno mnie zaintrygował, ale zanim przyszło mi zabrać się za jej lekturę, pamiętałam tylko, że ma być Śląsk, mają być Ślązacy i ma być Teksas. I tyle. Czasami zdarza mi się wracać do opisu fabuły już w trakcie czytania książki, aby przypomnieć sobie, o czym dana historia ma być i w jakim kierunku ma iść, ale w przypadku powieści Sowy nic takiego nie zrobiłam. Nie widziałam potrzeby, bo od pierwszych stron czułam, że to będzie świetna opowieść, która sama mnie poprowadzi tam, gdzie trzeba i nie potrzebuję podpowiedzi. I nie pomyliłam się. Tak, pierwsze zapoznanie się z informacjami na temat fabuły spełniło swoją rolę, ale swoją rolę spełniło także to, że zapamiętałam tylko te najważniejsze: Śląsk, Ślązacy, Teksas. Taka mieszanka przykuwa uwagę!

Tam, gdzie nie pada - Michael Sowa

Ballada o śląskim Teksasie

Był taki moment, kiedy nieco się zirytowałam na autora, że niepotrzebnie leje wodę, że jeden z rozdziałów to takie gadanie dla gadania, byleby książka nie była za cienka. O ja człowiek małej wiary! Gdzieś w połowie tego nieszczęsnego rozdziału przypomniałam sobie, że w podtytule powieści jest słowo ballada, zatem gawędziarski ton narratora jest jak najbardziej na miejscu. Przy kolejnych akapitach, a potem i dalszych rozdziałach, już wszystko stało się logiczne i sensowne, a rzekome wodolejstwo okazało się być świetnie dodanym wątkiem trzecioplanowym, który jest uroczy i bardzo mnie chwycił za serce. W ten nieco tajemniczy zawiły sposób chcę powiedzieć, że ta ballada w podtytule to coś, co warto mieć na uwadze przy lekturze powieści i zdać się zupełnie na narratora. Nie wymagać więcej akcji, więcej jakichś wydarzeń, które prowadzą do konkretnego celu. Trzeba po prostu dać się naszemu gawędziarzowi prowadzić i czekać, gdzie też on nas wywiezie tą swoją historią. Ostatnie słowo podtytułu jest całkiem sporą podpowiedzią.

Jak ja lubię takie debiuty!

Już niejednokrotnie pisałam, że lubię poznawać danego autora zaczynając od jego debiutu. Akurat przy Sowie wybór był niewielki, bo «Tam, gdzie nie pada», to właśnie jego pierwsza książka, ale teraz mam świadomość, że przy takim początku, kolejne powieści mogą być tylko lepsze. Autor ma świetny styl i równie świetnie prowadzi swoją historię. Uwielbiam to, jak poprowadzona została narracja. Bohaterowie są barwni, a nawet ci źli nie są przedstawieni jako tacy źli do szpiku kości. Nie wiem, jak Ślązacy odebraliby gwarę, którą posługują się bohaterowie książki, ale we wstępie «Tam, gdzie nie pada» autor wyjaśnia, czemu jest tak a nie inaczej i ja mu wierzę. 

Tam, gdzie nie pada - Michael Sowa

Podsumowując

Czytanie debiutanckiej powieści Michaela Sowy było czystą przyjemnością. Mogłabym się przyczepić do kilku rzeczy, ale to szczegóły. Fabuła «Tam, gdzie nie pada» jest bardzo ciekawa, to, jak autor prowadzi losy bohaterów – również. Podoba mi się język i styl narracji, podobają mi się te wstawki, w których na początku nie widziałam sensu. Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę przedpremierowo. BARDZO ją wam polecam, bo naprawdę warto zwrócić uwagę na historię Ślązaków, którzy zdecydowali się w XIX wieku wyemigrować do Teksasu.

Werdykt: TO READ!!!

*wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Lira