Jestem z tych, co mówią, że nigdy nie zrobią tego czy tamtego, aby później samym sobie przeczyć. Nie sądziłam, że mogę kiedykolwiek polubić się z czytnikiem ebooków. Przecież prawdziwa książka musi być papierowa, żebym mogła czuć jej zapach, przewracać strony i używać zakładki. Jak się okazuje, nie do końca.

W sierpniu miałam dwa tygodnie urlopu, postanowiłam więc wykorzystać ten fakt do małego eksperymentu, który rozciągnęłam na cały miesiąc. Wcześniej, od czasu do czasu zdarzało mi się czytać jakiegoś ebooka, ale nie częściej, niż jednego w miesiącu. A gdyby tak czytać na czytniku przez cały miesiąc? Czy będzie mi z tym wygodnie? Czy nie będę tęskniła za papierem? Urlop był najlepszym czasem na takie eksperymenty, wiadomo, że plecy podziękują nam za zabranie ze sobą lekkiego czytnika zamiast pięciu książek, choćby miały po 300 stron i były w miękkiej oprawie. Dodatkowo pomógł fakt, że dostałam pakiet abonamentu w Legimi do testowania (nie jest to wpis sponsorowany, a powinien, bo będę się trochę zachwycać).

Legimi

Czym jest abonament w Legimi

Już raz testowałam Legimi i moje wrażenia opisałam w TYM wpisie. Cytując samą siebie: „Legimi to taki książkowy Netflix. Płacisz co miesiąc abonament i masz dostęp do bazy pełnej ebooków z różnych kategorii. Ogromnym plusem tej platformy jest to, że wiele premier pojawia się w niej tego samego dnia, co wydania papierowe trafiające do księgarni, a czasem zdarza się, że nawet kilka dni wcześniej. Z Legimi możecie korzystać na komputerach, telefonach, tabletach i czytnikach. Jest kilka opcji abonamentowych, a ta najlepsza i najdroższa umożliwia wam czytanie bez limitu – możecie pobierać na czytnik czy inne urządzenie tyle ebooków, ile tylko wam się zamarzy.” Czym różnił się test sierpniowy od ubiegłorocznego? Kilkoma aspektami. Po pierwsze: czytnik.

PocketBook Touch Lux 4 mym nieodłącznym kompanem

Kiedy w zeszłym roku testowałam Legimi, czytałam głównie na telefonie. Miałam Kindle’a, ale przez kłopoty z aplikacją na komputer dedykowaną tym czytnikom, dopiero w grudniu zdecydowałam się przenieść z czytaniem na mojego Paperwhite’a. Wcześniej korzystałam po prostu z aplikacji na telefon i czytanie na Legimi było raczej podczytywaniem „z doskoku”, kiedy książkę papierową trudniej było mi wyjąć z torby/utrzymać w ręce. W tym roku postanowiłam wykorzystać pełnię możliwości abonamentu i kupiłam nowy czytnik, kompatybilny z Legimi – PocketBook Touch Lux 4. Nie zależało mi na niczym wypasionym, więc postawiłam na średnią półkę cenową. Sprawdziłam wcześniej opinie, podobał mi się jego wygląd, więc decyzja była prosta. Przypomnę: mając Kindle’a, abonament Legimi pozwala miesięcznie przesyłać na niego do 10 książek. Na czytniku z wgraną aplikacją możecie przesyłać ich ile chcecie (oczywiście mówię o najbardziej według mnie korzystnym pakiecie). Nie musicie więc dokładnie planować, co w danym miesiącu chcecie przeczytać, bo w każdej chwili możecie pobierać kolejne nowości. I to jest kolosalna różnica odczuwana natychmiastowo! Przerzucenie się z Kindle’a na PocketBook było najlepszą decyzją, która pokazała mi pełny potencjał tego abonamentu.

Legimi na PocketBook Touch Lux 4

Czy miłośnik książek papierowych może przerzucić się na ebooki?

Gdzieś tam w środku bałam się nieco tego eksperymentu. Sądziłam, że prędzej czy później będę czuła głód papieru, będę miała dość tego, że czytając na czytniku nie czuję tej fizycznej różnicy między stronami już przeczytanymi, a tymi, które jeszcze zostały; że zacznie mi brakować dotyku okładki i przewracania stron. Jestem upartą osobą i skoro zaczęłam taki eksperyment, nie było mowy, żebym nagle, od tak, go przerwała. Nawet gdybym zaczęła ten głód odczuwać, nie złamałabym się. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy po dwóch tygodniach stwierdziłam, że czytanie na czytniku jest pod każdym względem dużo wygodniejsze, wcale nie tęsknię za książkami papierowymi (w sensie czytania, bo kupowanie to inna inszość) i w sumie nie wiem, czy będę chciała jeszcze do nich wrócić. Ale jak to! Ja? Która tak długo i zaciekle broniła się przed podobnymi wynalazkami?! Wiem, że wciąż jest sporo osób, które myślą o ebookach i czytnikach tak, jak jeszcze dwa lata temu ja. Ale nic straconego!

Mój wakacyjny TBR i o tym, jak czytałam ebooki mimo posiadania papierowych egzemplarzy

Zrobiłam sobie listę książek do przeczytania, wgrałam jednego ebooka z własnych zasobów (możecie wgrać na własne półki Legimi do czterech własnych ebooków, których nie ma w ogólnodostępnej bazie, dzięki temu czytając je, aplikacja będzie liczyła czas czytania, czego nie robiłaby, gdyby ebook był na czytniku jako oddzielny „byt”) i pojechałam na urlop. Na mojej liście było kilka tytułów recenzenckich, których papierowe wersje zostawiłam w domu, kilka tytułów z własnych fizycznych półek i kilka takich, które mnie zainteresowały, ale nie miałam ich u siebie w papierze. Pomyślałam, że urlop+czytnik to najlepszy moment, żeby zmierzyć się z ponad tysiącstronicową cegłą «Nowy Jork» Edwarda Rutherfurda. Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, ale jej gabaryty mnie przerażały. Dzięki czytnikowi zupełnie ich nie odczułam. Przeczytałam też m.in. «Węża z Essex» Sarah Perry tuż przed spotkaniem z autorką na festiwalu Literacki Sopot.

Legimi

Wyniki eksperymentu

Pomijając to, że pierwszego sierpnia kończyłam papierową książkę zaczętą jeszcze w lipcu, całą resztę miesiąca czytałam tylko ebooki na PocketBooku. Wyłączyłam opcję wyświetlania paginacji i zerkałam na nią jedynie od czasu do czasu. Czytając książkę papierową zawsze zakrywam palcami numerację, więc super wygodne jest to, że w czytniku po prostu mogę ją wyłączyć i na ekranie mieć sam tekst. Pomijając to, że czytnik jest leciutki i mnie dzięki temu było z nim lekko, dużo łatwiej było mi go też wyciągać z plecaka, włączać i wyłączać. Dodajmy do tego jeszcze dostosowanie pod siebie fontu, wielkości liter, szerokości marginesów i światła między wersami. To jest takie wygodne! Niektóre książki czyta się opornie nie przez treść, ale właśnie przez to, jak zostały złożone: jaka czcionka została zastosowana, czy jest mała, czy duża, czy marginesy są przyjemne dla oka itp. Mnie np. ciężko czyta się książki wydawnictwa SQN (małe marginesy) i MG (nie odpowiada mi ich krój pisma, mimo że wizualnie jest piękny). Dzięki czytnikowi wszystkie te problemy odchodzą w niepamięć. Myślałam więc, że skoro czytnik jest lekki, skoro nie będzie wyświetlać mi się paginacja, skoro mogę dostosować pod siebie krój i wielkość pisma oraz mam urlop, uda mi się przeczytać znacznie więcej, niż czytam przeciętnie. Nic bardziej mylnego i tu jestem w sporym szoku. Przeczytałam mniej zarówno pod względem ilości książek, jak i samych stron. Nie wiem, z czego to wynika. Z braku czasu? Z wolniejszego czytania książek w takiej formie? Nie wiem. Nie jest to jakaś wielka tragedia, ale to zagadnienie mnie intryguje.

Koniec eksperymentu z Legimi. I co dalej?

Zostało mi jeszcze kilka dni testowych, a potem co? Jestem tak bardzo zadowolona z tego abonamentu, że postanowiłam przy nim zostać i płacić go z własnej kieszeni. Legimi pomaga mi uporządkować sobie sprawy ze współpracami recenzenckimi. Nie lubię recenzenckich szczotek, a zdarzało się, że mimo obiecanego dosłania później wersji finalnej, wydawnictwa nie wywiązywały się z tego, wywołując we mnie morze frustracji. Do tego im więcej nowości przyjmuję, tym bardziej jestem zdenerwowana, że „kiedy ja to wszystko przeczytam”. Złapałam się też na tym, że chociaż w okresie premiery napalę się na jakiś tytuł i „nie mogę się doczekać, kiedy go przeczytam”, po miesiącu, kiedy nadal tego nie zrobiłam, okazuje się, że już wcale tak mi na danej książce nie zależy. Dzięki Legimi mam dostęp do mnóstwa książek bez ciśnienia. Jeśli mam ochotę na jakiś tytuł teraz i za dwa miesiące, to na spokojnie go przeczytam. Bez nerwów, bez wyrzutów sumienia. I to jest chyba dla mnie największy plus tego abonamentu. Spokój. Spokój możliwy dzięki bogatej bibliotece i wciąż pojawiających się nowościach. A jeśli naprawdę będzie mi zależało na jakimś tytule, a nie będzie go na Legimi, po prostu go sobie kupię. Świadomie wydam własne pieniądze upewniając się, że rzeczywiście dana książka mnie interesuje, a nie dlatego, że dałam się złapać na haczyk świeżych premier.

Podsumowując

Jeśli więc jesteście zagorzałymi zwolennikami papierowych książek, ale jednocześnie kusi was, żeby spróbować z Legimi, mogę doradzić tylko jedno. Spróbujcie. Zróbcie sobie taki test przez miesiąc i sprawdźcie, czy ebooki to coś dla was. Kto wie, może odkryjecie, tak jak ja, że to niesamowita wygoda, ale nadal będziecie tonąć w książkach papierowych. Bo posiadanie czytnika wcale nie musi oznaczać, że nagle zrezygnujecie z papieru. Ja nie zrezygnuję, nie ma szans, ale lubię mieć świadomość, że zamiast nosić jakąś cegłę, mogę zostawić ją na półce i ten sam tytuł czytać wygodnie na moim PocketBooku.

Dajcie znać, co myślicie o moim eksperymencie i jakie wy macie doświadczenia z czytnikami i ebookami.

Do przeczytania!