in Books

„Shantaram” – Gregory David Roberts

at
shantaram-gregory-david-roberts

DSC_1803

Shantaram to osiemset stron czytelniczego raju. To nagroda za setki i tysiące przeczytanych rzeczy średnich. To osiemset stron zasysającej i hipnotyzującej lektury, w trakcie której jedyne, co nam przeszkadza, to świadomość, że musi się skończyć.

To zdumiewająca historia młodego Australijczyka, który porzucony przez żonę znalazł pocieszenie w heroinie. Zaczął napadać na banki (ubrany zawsze w garnitur okradał tylko ubezpieczone firmy, przez co media zwały go rabusiem-dżentelmenem). Schwytany, został skazany na dwadzieścia lat. W biały dzień uciekł z więzienia i przedostał się do Indii. Ukrywał się w slumsach, gdzie leczył biedaków, był żołnierzem bombajskiej mafii, walczył z Armią Czerwoną w Afganistanie. Jakby tego było mało, jest jeszcze Karla – femme fatale, jakich mało w literaturze – i zagadka w tle.”

Marcin Meller określa Shantaram mianem “czytelniczego Świętego Graala”. Zaintrygowało mnie to – czy ta historia jest aż tak niesamowita? Oczywiście do książki przyciągnęła mnie również przepiękna okładka. Ale jak wiadomo, to wnętrze książki jest najważniejsze, a opis sugerował, że czytanie Shantaram będzie niesamowitą przygodą. Czy tak było rzeczywiście?

Gregory David Roberts napisał Shantaram podczas pobytu w więzieniu, kiedy po kilku ucieczkach i powrotach za kratki postanowił “odsiedzieć swoje i wrócić do rodziny”. Po pierwszej ucieczce, przez niemal 10 lat ukrywał się w Bombaju. To, co tam przeżył, posłużyło mu do stworzenia niesamowitej historii Lina – Australijczyka, który właśnie w Indiach odnalazł swoje miejsce. Czytając powieść ciężko nie zastanawiać się, co wydarzyło się naprawdę, a co jest literacką fikcją.

Do tej pory raczej nie interesowałam się kulturą Indii, wręcz odstręczała mnie swoją barwnością, gwarem, “nieogarniętymi” tłumami ludzi, brudem. Shantaram pokazuje jednak ten kraj w tak niesamowity sposób, że nawet slumsy zaczynają wydawać się przyjemnym miejscem. Z drugiej strony, poznajemy też mroczne i nieciekawe fakty dotyczące życia w Bombaju: narkotyki na wyciągnięcie ręki, mafie rządzące miastem, łapówki brane przez policję, która chętnie przymyka oko na wszelkie zbrodnie. I w tym wszystkim nasz główny bohater – Australijczyk nazywany Linbaba.

Czytanie Shantaram to kalejdoskop emocji: śmianie się z komicznych sytuacji przechodzi w chwile pełne napięcia, smutek, żal i znów śmiech. Marcin Meller ma rację – to czytelniczy Święty Graal. Ta książka to nagroda za wszystkie przeczytane wcześniej bezwartościowe powieści. Jest to potężne tomisko i po opisie może się wydawać, że lektura będzie ciężka i długa, ale tak nie jest. Powieść niesamowicie wciąga. Jedna przygoda goni drugą. Barwni bohaterowie sprawiają, że chcemy szybko poznać ich kolejne losy. Jedyne co mogę zarzucić, to to, że w pewnym momencie chcemy, żeby książka dążyła do końca. Po 600 stronach zaczęła mi się nieco dłużyć, jednak kiedy już ją skończyłam, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Znacie uczucie czytelniczego kaca? Po Shantaram istnieje duże prawdopodobieństwo jego wystąpienia.

Książka Robertsa jest niesamowita! Koniecznie musicie ją przeczytać.

 

Werdykt: TO READ!!!

  

Marth

Marth. Studentka bibliotekoznawstwa ze ścieżką edytorską, zakochana w książkach po uszy. Na dodatek kociara. Ten blog to miejsce, w którym może dzielić się swoją pasją.