Zacznijmy od pewnego wstydliwego wyznania: mam na półkach ponad 180 nieprzeczytanych książek i kiedy nabywałam jakąś połowę z nich, ekscytowałam się, że już niedługo je przeczytam. W przypadku wielu z nich to niedługo trwa już 3 lata. Czy znacie jakieś grupy anonimowych książkoholików?

Większość z tych ponad 180 książek to moje własne nabytki, kilka tytułów otrzymałam w prezencie, ale są wśród nich też egzemplarze od wydawnictw, na które wciąż nie znalazłam czasu. A przeczytałam w tym roku około 150 książek. Jakim cudem lista nieprzeczytanych wciąż się powiększa, zamiast kurczyć? To zagadnienie z miesiąca na miesiąc coraz bardziej mi doskwiera. Tak, wcale nie skaczę na myśl, że jeszcze tyle mam książek do przeczytania. Doprowadza mnie to raczej do stanów nerwicowych, bo kiedy dłużej przypatrzę się moim zbiorom, rośnie we mnie frustracja, że tak bardzo chcę przeczytać ten tytuł, ten i jeszcze ten, ale ciągle to odkładam, bo inne książki wchodzą w kolejkę. Można oszaleć.

Postanowiłam więc zrobić mały eksperyment. W roku 2020 zamierzam NIE KUPOWAĆ książek (z drobnym wyjątkiem, ale o tym później). Brzmi strasznie? Poczekajcie, aż wyjaśnię wam, na jakich zasadach zamierzam przeprowadzić to małe wyzwanie.

Blogerką książkową być

Kilkuletnie blogowanie o książkach i prowadzenie książkowego konta na Instagramie doprowadziło do wielu owocnych współprac z wydawnictwami. Nie zamierzam z tego rezygnować w przyszłym roku, ale nadal dążę ku ich ograniczaniu. Staram się decydować jedynie na te tytuły, które naprawdę mnie interesują, ale chociaż w tym roku szło mi naprawdę dobrze, wciąż mam nad czym pracować. Nie będę więc sama kupować książek, ale nie zrezygnuję też zupełnie z nowości, które mają wyjść w 2020 roku m.in. za sprawą współprac z wydawnictwami oraz…

Czytam z Legimi

Tak, po okresie testów, kiedy dostałam od Legimi darmowy 3-miesięczny dostęp do ich abonamentowej biblioteki, postanowiłam przedłużyć naszą wspólną przygodę już za własne pieniądze. W grudniu rozpoczęłam roczną subskrypcję, dzięki czemu Legimi to druga opcja dająca mi dostęp do nowości. Nie wszystkie wydawnictwa z nimi współpracują, nie ma tam np. książek wydawnictw: Znak, Otwarte, ostatnio nawet Grupa Wydawnicza Foksal zniknęła, ale wciąż to potężna biblioteka. Plusem Legimi w mojej sytuacji jest to, że ebooki nie będą zajmować mi miejsca w mieszkaniu (napisałabym, że na półkach, ale na nich już tego miejsca nie ma w ogóle), nie będę czuła też presji, że jakiś tytuł powinnam przeczytać, bo już tyle czasu leży na półce i czeka w kolejce. Legimi daje mi ten komfort, że mogę czytać to, na co mam akurat ochotę, a profesjonalne blogowanie o książkach początkowo mi tę opcję zabrało (ale walczę o powrót na dobre tory i idzie mi to coraz lepiej). Jak więc sami widzicie, to wyzwanie staje się coraz mnie dramatyczne. Jest jeszcze trzecia opcja najmocniej naginająca eksperyment.

Książki po angielsku? Tak! Poproszę!

Jedyny wyjątek, jeśli chodzi o wydawanie własnych pieniędzy na książki, zamierzam robić z myślą o pięknych wydaniach w języku angielskim, jak np. Barnes&Noble, Penguin Classics i różne ich kolekcje czy jubileuszowe wydanie Harry’ego Pottera w puchońskiej wersji okładkowej. Takie książki kupuję nie po to, żeby je przeczytać, ale żeby postawić na półce i cieszyć nimi oko, postanowiłam więc zrobić dla nich wyjątek. Oczywiście, skoro nie będę kupować książek do czytania, mogłabym zaszaleć właśnie jako okładkowa sroka z wydaniami angielskimi, ale nie zamierzam sobie w ten sposób rekompensować braku zakupowej przyjemności. Robię po prostu małą furtkę, gdybym nagle w TK Maxx znów znalazła Barnsa za półdarmo (do tej pory jestem w szoku, że to nie legenda, a rzeczywiście te książki w TK Maxx można znaleźć).

Po co to robię?

Jak już pisałam, męczy mnie świadomość, że mam tak wiele nieprzeczytanych książek. Chciałabym najmocniej jak się da zmniejszyć ich liczbę. Liczę, że uda mi się w końcu przeczytać tytuły, na które od wielu miesięcy (albo kilku lat) mam ochotę. Chciałabym też sprawdzić, ile uda mi się zaoszczędzić pieniędzy na tym wyzwaniu. Od co najmniej roku na książki wydaję tylko te pieniądze, które zwrócą mi się ze sprzedaży innych książek z własnej biblioteczki, a że co jakiś czas robię małe wyprzedaże swoich zbiorów, a zaraz później uzupełniałam je nowymi tytułami, chciałabym sprawdzić, jaką kwotę uda mi się odłożyć, jeśli zrobię sobie bana na nowe czytadła.

Myślicie, że dam radę wytrwać rok? A może chcielibyście dołączyć do mojego małego wyzwania? Byłoby mi wtedy dużo raźniej. Dajcie znać i trzymajcie za mnie kciuki.

Do przeczytania!