Co jakiś czas mam fazę na konkretną tematykę. Dwa lata temu zakochałam się w młodzieżówkach z arabskim, pustynnym klimatem. Zaczęło się od «Zakazanego życzenia» i na nowo opowiedzianej historii Aladyna.

Później zaczarowała mnie swoim urokiem powieść Renee Ahdieh – «Gniew i świt» – oparta na motywie opowieści z «Księgi tysiąca i jednej nowy» (swoją drogą, czy my doczekamy się w Polsce drugiego tomu?!). A potem przyszedł czas na «Buntowniczkę z pustyni».

Niezbyt dobre początki

Nie od razu polubiłam się z tą serią, oj nie. Nie jestem fanką westernów, a historia wymyślona przez Alwyn Hamilton to właśnie arabska, pustynna magia połączona z westernem. Jest dziko, główna bohaterka to zdecydowanie nie słodka perska księżniczka, a wątek miłosny został zepchnięty na drugi plan. Czy może być gorzej? Pierwszy tom nie za bardzo przypadł mi do gustu, wiele elementów mnie irytowało i miałam napisaną już paskudną recenzję też książki. Nawet nie planowałam sięgać po część drugą, ale dostałam propozycję patronatu i mimo wszystko postanowiłam zaryzykować. Przeczytałam, zakochałam się i nieco inaczej spojrzałam na wydarzenia w «Buntowniczce». Nabrały sensu, aczkolwiek nadal uważam, że to słaba książka, najsłabsza z całej trylogii.

«Zdrajca tronu» i wielka miłość

«Zdrajca tronu» za to mnie oczarował. Dostałam klimat, który uwielbiam, akcję, która ma sens, i bohaterów, których zachowanie jest logiczne. Doszłam do wniosku, że autorka po prostu potrzebowała czasu, aby wyćwiczyć sobie pióro, nabrać wprawy w pisaniu. A skoro drugi tom okazał się być znacznie lepszy od pierwszego, co będzie z trzecim? Byłam przekonana, że będzie fantastyczny, a tu… klops. Miałam wrażenie, że wracamy do punktu wyjścia.

Powtórka z rozrywki

Widziałam sporo zachwytów nad ostatnią częścią trylogii, ale zupełnie ich nie rozumiem. Moim zdaniem Alwyn ma bardzo chwiejne pióro – raz jest lepiej, raz gorzej. Kiedy relacje między bohaterami zaczynają nabierać kolorów, zaraz potem znów są bezpłciowe. W «Duchach rebelii» najbardziej przeszkadzało mi (zaraz obok paskudnej zielonej okładki) to, że właściwie nie dało się zrozumieć, dokąd zmierza ta powieść. Nie potrafiłam wciągnąć się  w historię, ponieważ nie widziałam żadnej logiki w kolejnych wydarzeniach. Tak jakby Hamilton nie miała planu na tę powieść i na bieżąco wymyślała kolejne kroki Amani, aż wreszcie dotarła do końca i odetchnęła, że udało jej się jako tako posklejać to wszystko w całość.

George R.R. Martin w spódnicy

Pierwsza połowa tej książki to według mnie porażka. W drugiej już jest lepiej, znalazłam klimat z uwielbianego «Zdrajcy tronu», ale nie na tyle, żeby poprawił on moją opinię o tym tomie. Nie będę przyczepiać się do George’a R.R. Martina w spódnicy, bo akurat za to podziwiam autorkę. Nie bała się uśmiercać postaci, dzięki czemu fabuła jest bardziej…. krwista, nabrała charakteru. Wciąż jednak uważam, że Alwyn nie potrafi stworzyć ciekawego wątku miłosnego i poprowadzić go od początku do końca. A za brak logiki widoczny dla czytelnika odejmuję najwięcej punktów. Najbardziej mi jednak przykro z tego powodu, iż ostatnia część popsuła mój zachwyt drugim tomem i niestety nie mogę powiedzieć, że będę miło wspominać tę trylogię.

To trzeci tom, więc recenzję pozostawiam bez werdyktu.

*za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona

 

NA SKRÓTY

«Duchy rebelii» to trzeci tom trylogii w pustynnym, westernowym klimacie od Alwyn Hamilton. Pierwszy był słaby, ale drugi poprawił bardzo moją opinię o tej serii i miałam nadzieję, że trzeci tom udowodni, że autorka poprawia swój styl z książki na książkę. Niestety ponownie się zawiodłam. Zabrakło mi logicznego dla czytelnika ciągu wydarzeń, przez co zupełnie nie mogłam wczuć się w dalsze losy Amani i rebelii. Dopiero w drugiej połowie zaczęłam jako tako wczuwać się w książkę, ale to za mało. Cała trylogia jest bardzo nierówna i tak naprawdę tylko drugi tom uważam za dobry od początku do końca.