Jeszcze dwa czy trzy lata temu powiedziałabym wam, że jestem stuprocentową kociarą. Mieszkanie jednak w Warszawie, gdzie dosłownie na każdym kroku trafiam na ludzi spacerujących z psami, nie mogło pozostawić mnie obojętną na te urocze mordki.

A kiedy jeszcze każda psina jest innej rasy, dosłownie rozpływam się na ich widok. Niestety przegapiłam ekranizację powieści Camerona «Był sobie pies», samej książki także nie miałam okazji przeczytać, ale już «Psiego najlepszego» nie mogłam sobie darować.

Kiedy w życiu Josha niespodziewanie pojawia się suczka o imieniu Lucy, mężczyzna w ogóle nie jest na to przygotowany, a mimo to podejmuje się wyzwania opieki nad nią. Nad nią i jej przyszłym potomstwem, ponieważ suczka jest już niemalże na finiszu swojej ciąży. Ponieważ jednak Josh nie miał nigdy do czynienia z psami, zaczyna nieco panikować i kontaktuje się ze schroniskiem. W ten sposób poznaje Kerri, która zaczyna go interesować nie tylko jako pomoc przy opiece nad milusińskimi. Ale czy Kerri odwzajemnia jego uczucia?

Zacznę nieco przekornie, bo nie od głównego tematu, czyli gromadki psiaków, ale od wątku romantycznego. Josh jest taką niesamowitą pierdołą w kwestiach damsko-męskich, że aż było mi go szkoda. Ja rozumiem, że faceci są z Marsa a kobiety z Wenus, ale to nie usprawiedliwia kompletnego nieogarnięcia. Jak inaczej można nazwać np. zobowiązanie się do przygotowania kolacji z okazji Święta Dziękczynienia (pamiętajcie, że ma wpaść Kerri, którą nieudolnie próbuje poderwać) żyjąc do tej pory na mrożonkach i daniach przygotowywanych w mikrofali, wpisując jedynie w google “kolacja na święto dziękczynienia” i wierząc, że jej przygotowanie przecież nie może być trudne i na pewno sam sobie poradzi. Czytając, jak nieogarnięty jest ten facet, nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Czy mężczyźni rzeczywiście tacy są i trzeba im wyjaśniać wszystko “łopatologicznie”, czy autor pojechał nieco ze stereotypem. Hmm…

Wracając do meritum, czyli psich bohaterów i psiej historii. To, jak Josh zajmował się gromadką, jak pokochał Lucy i o nią dbał, jest rozczulające i bardzo urocze. Z «Psiego najlepszego» dosłownie bije miłość do tych zwierząt i podoba mi się, że autor poruszył też temat schronisk. Najbardziej zauroczył mnie wątek z małymi psiakami, ich imionami i charakterami. Autor tak je opisał, że ciężko się w nich nie zakochać – przygarnęłabym wszystkie, a gdybym nie mogła, to chociaż parkę. I właśnie psy to najmocniejszy element tej powieści. Niestety wątek romantyczny nieco psuje całą historię, bo Josh i Kerri, ich relacja i zawirowania między nimi są niesamowicie irytujące, ale w ostateczności psiaki  nadrabiają.

Sama fabuła wydaje się być stworzona pod lekką świąteczną komedię romantyczną w filmowym, amerykańskim stylu. Czasem jest słodko, czasem gorzko, są też kłody rzucane bohaterom pod nogi. I jak to w tego typu historiach bywa, jest baaardzo przewidywalnie, ale od takich książek nie można zbyt wiele wymagać.

 

Podsumowując: «Psiego najlepszego» to całkiem urocza i momentami wzruszająca książka. Lektura idealna na okres świąteczny. I mimo średniego, irytującego wątku romantycznego, bardzo dobrze czytało mi się tę powieść. Jest lekka, idealna na wieczór czy dwa.

 

Werdykt: TO READ

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu

 

NA SKRÓTY

«Psiego najlepszego» to pozycja idealna dla psiarzy kochających Święta Bożego Narodzenia. Powieść W. Bruce’a Camerona czaruje klimatem i przy lekturze dosłownie można rozpłynąć się od słodyczy, jakimi są psi bohaterowie. Nieco irytujący jest wątek romantyczny, ale na to można przymknąć oko. Polecam, zwłaszcza na okres świąteczny.