Luty rozpanoszył się już na dobre, a ja od kilku dni nosiłam się z zamiarem przygotowania podsumowania mojej styczniowej akcji. Akcji udanej na tyle, że chyba uczynię z niej coroczną tradycję.

Szybkie przypomnienie, o co chodzi. Początek roku postanowiłam przywitać z polską literaturą. Korzystając z okazji, że rynek wydawniczy dopiero się budził po grudniowo-zimowym śnie i nie zostałam jeszcze zalana kuszącymi premierami, stwierdziłam, że to idealny czas, aby przez cały miesiąc czytać książki tylko polskich autorów.

Akcja #styczeńpopolsku miała na celu trzy rzeczy:

  1. pokazać sobie i wam, że polska literatura ma się czym pochwalić,
  2. nadrobić braki i sięgnąć po twórczość autorów, których już dawno powinnam poznać,
  3. wyczytać chociaż kilka tytułów z własnych zasobów.

Zaplanowałam sobie kilka konkretnych tytułów i moim głównym zamierzeniem było przeczytać je wszystkie. Do ostatniego dnia miesiąca nie wiedziałam, czy się uda, bo w międzyczasie wpadło kilka innych, nieplanowanych książek, ale ostatecznie wszystko poszło po mojej myśli.

Książki zaplanowane

1. «Miłość» Ignacego Karpowicza – to jest moje objawienie i wspaniałe pierwsze spotkanie z twórczością Karpowicza, ale po waszych opiniach widzę, że w porównaniu do innych dzieł tego pisarza, książka ta jest przeciętna. Przebieram więc nogami na myśl o takiej «Sońce» czy «Balladynach  i romansach», które jeszcze przede mną. «Miłość» mnie oczarowała, ale też nieco wybiła z butów, bo nie potrafię składnie opowiedzieć, dlaczego ta powieść tak bardzo mi się podoba.

2. «Bieguni» Olgi Tokarczuk – to nie było moje pierwsze spotkanie z Tokarczuk, ale i tak nie spodziewałam się TAKIEJ książki. Zdecydowanie niełatwej, ale zachwycającej swoją oryginalnością i chaosem. Chciałam ją przeczytać ze względu na nagrody, jakie otrzymała za nią pisarka i cieszę się, że w końcu mi się to udało.

3. «Zrób mi jakąś krzywdę» Jakuba Żulczyka – lubię zaczynać od debiutów i z Żulczykiem właśnie od tego niełatwego debiutu zaczęłam. Bardzo specyficzna książka, kilka osób mówiło mi, żebym po niej się nie zrażała do autora, bo później jest lepiej. Nie mam powodu, by się zrażać, bo ta specyficzność mnie zauroczyła i uważam, że to było dobre pierwsze spotkanie.

Zrób mi jakąś krzywdę - Jakub Żulczyk

4. «Król» Szczepana Twardocha – mam nadzieję, że w tym miesiącu uda mi się opublikować wpis o tej książce. Nie było łatwo, nie od razu się polubiliśmy, nie potrafiłam się w nią wciągnąć, czytałam ją zrywami. Jednak fabuła i bolesna prawda, która z niej wychodzi, to prawdziwy majstersztyk.

5. «Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną» Doroty Masłowskiej – wiedziałam, że to specyficzna książka, ale nie sądziłam, że aż tak. To ciekawe, że na jeden miesiąc wybrałam sobie właśnie «Zrób mi jakąś krzywdę» i «Wojnę polsko-ruską», bo pod pewnymi względami to bardzo podobne do siebie książki, ale też diametralnie różne. Jak mam określić wrażenia po powieści Masłowskiej? Nie ogarniam tej schizy i chyba nie sięgnę więcej po jej twórczość (no, może z wyjątkiem zbioru felietonów), ale cieszę się, że wreszcie zmotywowałam się do przeczytania tej książki i trochę jestem z siebie dumna, że udało mi się nie zrezygnować w połowie lektury.

6. «Rdza» Jakuba Małeckiego – to ostatnia książka Małeckiego, która została mi do nadrobienia. Jej lekturę odkładałam najdłużej, jak się da, bo uwielbiam historie tworzone przez tego pisarza i język, jakim operuje. Dużo osób pisało, że to jego najlepsza powieść. Ja nadal pozostaję wierna «Śladom», ale «Rdza» z pewnością jest bardzo dobrą książką, zasługującą na wszystkie zachwyty. Wciąż zastanawiam się, czy będę potrafiła napisać o niej coś więcej, tak, aby opublikować cały tekst tylko o tej jednej książce. Obawiam się, że mogę się powtórzyć względem recenzji innych książek Małeckiego, bo chociaż sama historia jest inna, łatwo znaleźć wspólne elementy dla wcześniejszych tytułów pióra tego pisarza.

Tych sześć tytułów to dopiero początek. W sumie w styczniu przeczytałam 15 książek, tylko 1 zagraniczną, ale to tytuł mocno przedpremierowy, o którym jeszcze nie mogę wspominać, więc nie bardzo miałam wyjście przekładać lekturę na później. Jakie jeszcze książki wpadły na moją listę?

Książki nieplanowane

7. «Laponia. Wszystkie imiona śniegu» Marty i Adama Biernatów – tutaj trochę oszukuję, bo książkę tę zaczęłam czytać jeszcze w minionym roku i w styczniu jedynie ją doczytałam do końca. Trochę mnie zawiodła, bo spodziewałam się więcej ciekawostek o współczesnej Laponii, a autorzy skupiają się na wierzeniach, tradycjach, legendach itp.

8. «Dzisiaj śpisz ze mną» Anny Szczypczyńskiej – nie przepadam za polskimi obyczajówkami, ale opowiadanie Anny Szczypczyńskiej zawarte w «Zakochanym Zakopanem» zwróciło moją uwagę na tyle, że chciałam przeczytać pełną powieść tej autorki. Trochę się zawiodłam, bo uważam, że Szczypczyńską stać na więcej i mogłaby się pokusić o bardziej ambitną literaturę. Jednak w kategorii czytadeł mogę ocenić ją wysoko, bo świetnie się ją czytało w czasie podróży do i z Gdańska.

9. «Koty. Podręcznik użytkownika» Tomasza Majerana – to zupełna niespodzianka w tym zestawieniu. Kupiliśmy ją z Lubym w księgarni w Gdańsku jako pamiątkę z wyjazdu. To specyficzna książka, bardziej artystyczna, do podziwiania, niż czytania. To właśnie lektura tego tytułu zajęła mi jakieś pół godziny, więc niby ją zaliczam do przeczytanych, ale tak bardziej z przymrużeniem oka.

Nauka w kuchni - Michał Kuźmiński

10. «Nauka w kuchni» Michała Kuźmińskiego – pierwsza książka z tegorocznych premier, którą przeczytałam. To zbiór felietonów popularnonaukowych orbitujących wokół przeróżnej tematyki dotyczącej kuchni i gotowania. Jest o banku nasion, o żywności dla astronautów przebywających w kosmosie, o zupie z kwarków czy o znaczeniu materiałów dla smaku potraw. Całkiem ciekawa pozycja, nie zawsze poważna, a że uwielbiam humor w literaturze popularnonaukowej, autor tym u mnie zaplusował.

11. «Wiedźma» Anny Sokalskiej – pierwsze przedpremierowa lektura tego roku. O «Wiedźmie» wspominam wpis wcześniej, zachęcam was do przeczytania recenzji. To bardzo ciekawe urban fantasy ze słowiańskimi klimatami.

12. «Zmorojewo» Jakuba Żulczyka – niespodziewane drugie spotkanie z twórczością Żulczyka, diametralnie różne od pierwszego. Nie planowałam czytać «Zmorojewa» w tym miesiącu, ale los chciał inaczej i nie żałuję. To powieść fantastyczno-przygodowa i bardzo zaskoczyła mnie stylem i tematyką po «Zrób mi jakąś krzywdę». Zaskoczyła pozytywnie, bo świetnie się ją czytało. Niedługo na blogu pojawi się pełny tekst, w którym opowiem wam o niej więcej.

13. «Rani z Sigiriji» Doroty Sumińskiej – dostałam tę książkę od wydawnictwa, niespodziewanie, i początkowo nie planowałam jej czytać, ale im dłużej leżała, tym bardziej mnie kusiła. Egzotyczny klimat baśni na podstawie legendy ze Sri Lanki – czy można się czemuś takiemu oprzeć? Tym bardziej, że książka ma trochę ponad 200 stron i ma mały format. Spędziłam z nią więc kilka wieczorów i jestem zachwycona tym tytułem. Bardzo polecam!

14. «Farerskie kadry» Macieja Brencza – a to mój tegoroczny pierwszy patronat! Trochę bałam się zawodu po wspomnianej wyżej «Laponii», bo chociaż mamy różnych autorów, to seria wydawnicza ta sama. Ale nie było potrzeby, bo już po 70 stronach wiedziałam, że spokojnie mogę ją polecać innym. Na razie więcej wam nie zdradzę, spodziewajcie się opinii bliżej premiery, tj. 27 lutego.

I tak właśnie upłynął mi #styczeńpopolsku. Przeczytałam 6 książek z własnych zbiorów (ok, Masłowską podkradłam z biblioteczki Lubego) i 8 egzemplarzy recenzenckich, w tym dwa tytuły przedpremierowo. Ze wszystkich 15 przeczytanych książek tylko jedna była zagranicznego autora, więc akcję zdecydowanie mogę uznać za udaną. I tak jak pisałam na początku, chyba powtórzę ją za rok, bo na mojej liście już pojawiło się kilka polskich nazwisk, z którymi koniecznie powinnam się zapoznać.