Od dawna miałam ochotę zapoznać się z twórczością Bondy, a zwłaszcza z serią CZTERY ŻYWIOŁY. Długo jednak odstraszała mnie grubość książek. Na kupno Pochłaniacza zdecydowałam się w końcu na tegorocznych Warszawskich Targach Książki i nie żałuję.

 

Trochę mi zajęło wciągnięcie się w tę historię. Bonda od początku żongluje wieloma wątkami, przez co sama akcja książki jest bardzo rozciągnięta i dużo stron upływa, zanim zaczyna się rzeczywiście coś dziać a śledztwo Załuskiej przynosić jakieś skutki. Trochę denerwowało mnie, że pisarka urywała pewne sceny, ale nie wracała do niech później bezpośrednio, tylko wyjaśniała sprawę przy okazji, w rozmowie bohaterów czy w krótkim zdaniu. Postać Saszy też przez pewien czas nieco mnie irytowała, ale jak to bywa w takich seriach, główni bohaterzy zawsze muszą być po przejściach i mieć mroczną przeszłość, aby ich postać była ciekawsza. Ostatnie, do czego się przyczepię, to kilka zupełnie niepotrzebnych wątków, które dodatkowo rozciągają książkę, ale właściwie nic nie wnoszą do tej historii. Bonda zupełnie mogła sobie darować opis przyzwyczajania się policyjnego psa do nowego właściciela, albo ukraińskiej sprzątaczki z wykształceniem wyższym, której w Polsce bardziej jednak opłaca się sprzątać po nocach biura korporacji, niż pracować w szkole jako nauczycielka fizyki.

 

Muszę jednak przyznać, że rozwiązanie sprawy bardzo mi się podobało i przechyliło szalę na korzyść pozytywnej oceny Pochłaniacza. Na plus odnotowuję też postaci drugoplanowe – bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani, przez co ciężko ich rozgryźć. Na pewno sięgnę po Okularnika, ale pewnie trochę czasu mi to zajmie. Objętość tej książki przeraża mnie jeszcze bardziej niż Pochłaniacza.

 

Werdykt: TO READ