Jakiś miesiąc temu, przy recenzji innego tytułu wspominała, że niektórym książkom warto dać trochę czasu, zanim je ocenimy. Po lekturze najlepiej je odłożyć na półkę na tydzień i dopiero po tym czasie poukładać sobie w głowie to, co przeczytaliśmy.

Nie sądziłam, że «Włoski nauczyciel» dołączy do «Węża z Essex» i «Szczygła», a jednak. Myślę, że mogłabym napisać ten tekst od razu po lekturze powieści Rachmana, ale wtedy brzmiałby od zupełnie inaczej i miałby dużo bardziej negatywny wydźwięk. A jak się ma sytuacja po tygodniu od przeczytania?

Przenieśmy się do Rzymu lat 50.

«Włoski nauczyciel» zaczyna się niczym «Wielkie piękno» Paola Sorentino. Powolnie i chaotycznie, a jednocześnie z jakimś takim przepychem. Wchodzimy w ciężki klimat artystycznej bohemy. Poznajemy Beara Bavinsky’ego, malarza, ostatniego amerykańskiego klasyka, jego młodą żonę i syna, z którym będziemy wędrować przez resztę powieści. Jak to jest dorastać w cieniu wiecznie zapracowanego ojca? Jak to jest całe życie próbować mu zaimponować? Jak to jest, kiedy słowa własnego ojca determinują twoją przyszłość i niszczą marzenia?

Nie da się was lubić

Ciężko poczuć do któregokolwiek z bohaterów choć cień sympatii, przez co mam wrażenie, że czytając powieść Rachmana, cała akcja działa się gdzieś obok, za jakąś szklaną ścianą. Wiecie, o co mi chodzi? Są książki, które się przeżywa, ale są też takie, które samą swoją fabułą, zachowaniem bohaterów blokują tę nić łączącą ją z czytelnikiem, sprawiającą, że musisz dokończyć daną powieść, nawet jeśli nie jest jakoś specjalnie wybitna. W przypadku «Włoskiego nauczyciela» niestety tak miałam i w trakcie lektury miałam wrażenie, że gdybym nagle odłożyła tę książkę i nie doczytała do końca, nie czułabym, że coś straciłam. I było tak do ostatniej strony. Bear Bavinsky wywołał we mnie pokłady mnóstwa negatywnych uczuć, ale jego syn – Pinch, okazał się jeszcze gorszy. Jego zapatrzenie w ojca, dla którego liczy się jedynie własna sztuka, jego ślepota na to, jak ojciec podcina mu skrzydła były dla mnie ciężkie do przetrawienia. I gdybym miała napisać ten tekst świeżo po lekturze, dostrzegałabym w książce tylko to, co mi się nie podobało. Ale na szczęście dałam jej trochę poleżeć w głowie.

Włoski nauczyciel - Tom Rachman

Piękno w brzydocie

«Włoski nauczyciel» nie jest ani ładną, ani lekką powieścią. Bohaterowie irytują głupotą, przygnębiają zaślepieniem. Nie jest to też historia rodem z Hollywood. Nie spodziewajcie się tu i żyli długo i szczęśliwie. To powieść brzydka, a jednocześnie wybitna w tej brzydocie. Nie można odmówić Rachmanowi talentu i wyobraźni. Dla mnie to trochę taki «Szczygieł» – po lekturze nie czułam ani kropli zachwytu, ale im dłużej o niej myślę, tym na coraz lepszą powieść w moich oczach wyrasta. Okazuje się, że brzydota (niedosłowna) też może być piękna, ale trzeba dać jej czas, aby w nas dojrzała. 

Podsumowując

«Włoski nauczyciel» ma zadatki na wielką amerykańską powieść. Nie od razu to w niej dostrzegłam, bo przytłoczyli mnie bohaterowie, a raczej ich postępowanie, które mnie irytowało i jednocześnie tworzyło barierę między mną a książką Rachmana. Nie potrafię jasno stwierdzić: czytajcie!, albo szkoda waszego czasu, bo ani to, ani to nie pasowałoby do tego, co myślę o tej książce. Ten tekst zostawię więc bez werdyktu.

Premiera 2 października

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova