W ubiegłym roku serca wielu polskich czytelników skradł «Marzyciel» Laini Taylor. Moje także, co możecie zobaczyć po wpisie z najlepszymi książkami roku 2018. Jednak powieść Taylor nie tylko te serca skradła, ale także je pogruchotała.

Po takim zakończeniu, jakie zafundowała nam w «Marzycielu» autorka, nic dziwnego, że jedną z najbardziej oczekiwanych polskich premier 2019 roku była właśnie «Muza koszmarów», czyli drugi tom dylogii. Ja też czekałam na nią z niecierpliwością i kiedy wreszcie wpadła w moje ręce, niemalże od razu zabrałam się do lektury. Byłam podekscytowana, ale jednocześnie pełna obaw. Zaraz wam wyjaśnię, dlaczego.

Nie lubię serii i nie zapowiada się, żebym polubiła

Nie lubię serii. Pisałam o tym wielokrotnie i wciąż w tym temacie nic się nie zmieniło. Raczej nie czytam tom po tomie, nawet gdy mam taką możliwość, więc najczęściej zapominam wielu szczegółów i czytając kolejną część, wcale nie czuję, jakbym wróciła do dawno niewidzianych znajomych. To raczej poznawanie całej historii na nowo, przypominanie sobie kolejnych fragmentów istotnych dla fabuły. Jednak co innego, kiedy po kolejne tomy sięgam z miesięczną przerwą, a co innego kiedy z półroczną. I tu pierwszy minus. Wiele stron zajęło mi przypomnienie sobie, o co chodziło w «Marzycielu», czemu skończył się tak jak skończył. Niestety to zabrało mi sporo przyjemności z czytania. Na pewno byłoby lepiej odświeżyć sobie pierwszą część i dopiero sięgnąć po drugą, ale, jak już pisałam TU, nie zdarza mi się czytać jednego tytułu dwa razy.

Muza koszmarów - Laini Taylor

Kiedy skład książki robi więcej szkód, niż powinien

Drugi minus (tak, w tym wpisie będą przeważać minusy nad plusami, niestety) to skład książki. Mam pewien problem z wydawnictwem SQN. Lubię ich książki, wydają naprawdę świetną literaturę, ale to, w jaki sposób wydają wiele tytułów, doprowadza mnie do rozpaczy. Mnie, a dokładniej moje oczy. Nawet najlepsza, najbardziej wciągająca powieść może nas zmęczyć tylko z powodu wydania. W przypadku «Muzy koszmarów» (i wielu innych tytułów od SQN) jest to malutka czcionka i bardzo wąskie marginesy. Nie jest tajemnicą, że książki z większym fontem i odpowiednio szerokimi marginesami, choćby miały 900 stron, czyta się szybciej i przyjemniej, niż ta sama ilość tekstu zamieszczona na 500 stronach, drobnym maczkiem oblewającym prawie całą stronę. Właśnie przez to czytanie powieści Taylor okazało się dla mnie męczarnią.

Elementy sci-fi w fantasy? Nie, dziękuję

Trzeci minus dotyczy już samej fabuły. W przypadku fantastyki zdecydowanie bardziej wolę sci-fi niż fantasy. Jestem miłośniczką podróży w kosmos, podróży w czasie, równoległych rzeczywistości itp. Oczywiście lubię też sięgać po fantasy, ale poznawanie wykreowanych przez autora światów o często abstrakcyjnie brzmiących nazwach i panujących w nim zasadach, nowych ras itd. zabiera mi sporo czasu. Kiedy jednak już wejdę w dany świat, zaakceptuję (jakkolwiek głupio to brzmi i może nie do końca oddaje, o co mi chodzi), że czytam fantasy, nagle autorka dodaje wątek sci-fi, który dla mnie jest zupełnie od czapy. Tak jak w «Muzie koszmarów». Zupełnie nie podoba mi się pomysł na rozbudowanie powieści w taki sposób i nie przemawiają do mnie pojawiające się w drugim tomie nowe bohaterki, które mają ogromny wpływ na fabułę. Na fabułę, a przede wszystkim na rozwikłanie nurtujących pytań z «Marzyciela». Niestety jestem na nie i ten wątek zabrał mi wiele przyjemności z lektury. Był dla mnie po prostu męczący.

Muza koszmarów - Laini Taylor

Narzekam i narzekam, ale przecież nie jest aż tak źle 

Żeby nie było, że tylko narzekam i narzekam. Nadal jestem oczarowana przepięknym piórem Laini Taylor, magią samego języka, jakim opowiedziana jest historia. Nadal ogromnie podziwiam Bartosza Czartoryskiego za kawał świetnej pracy przy tłumaczeniu. Nie jest też tak, że «Muza koszmarów» w ogóle mi się nie podobała. Uważam, że w drugim tomie autorka fantastycznie rozwinęła wątki boskich pomiotów i ich darów. Zachwyciła mnie zwłaszcza Minya i Jaskółka. Minya, ze znienawidzonej dziewczynki, staje się osobą, którą można polubić i jej współczuć. Zachwyciły mnie też sporadyczne humorystyczne sceny z biednym Feralem w roli głównej. Gdyby nie wspomniany już wątek sci-fi, gdyby autorka jednak inaczej wyjaśniła pojawienie się cytadeli nad Szlochem, jestem pewna, że rozpływałabym się nad tym tomem i całą dylogią. Niestety tak nie jest, co nie znaczy, że odradzam lekturę.

To sięgać po tę «Muzę koszmarów», czy nie sięgać?

Podsumowując: uwielbiam «Marzyciela», ale «Muza koszmarów» nieco mnie rozczarowała. Nie podoba mi się wątek sci-fi i niekiedy autorka leje wodę, zamiast skupić się na konkretach. Nie polecam też robić długiej przerwy między obydwoma tomami. Zdecydowanie warto czytać jeden po drugim, jestem pewna, że wtedy przyjemność będzie dużo większa, bo nie narazicie się na zapomnienie ważnych szczegółów dla dalszej fabuły. Z przykrością muszę stwierdzić, że drugi tom dylogii nie znajdzie się wśród najlepszych książek 2019 roku, mimo że ma wiele świetnych momentów. Ale jeśli chodzi i całą dylogię, polecam z ręką na sercu, chociażby ze względu na tom pierwszy. 

 

Werdykt: TO READ

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu SQN