Znacie ten zabieg marketingowy, kiedy kolejne książki jakiegoś pisarza nazywane są tymi najbardziej osobistymi i tak ciągle i ciągle? Cóż, ta jest naprawdę tą najbardziej osobistą.

Ostatnimi czasy Schmitt w swoich książkach porusza tematy wymagające obnażenia się przed czytelnikiem: swojej duszy, swoich przemyśleń, swojej wiary. A teraz przyszedł czas na opowieść o relacji z rodzicami i dla wielu «Dziennik utraconej miłości» może okazać się zbyt osobisty, a jednocześnie za mocno trafiający w nas samych.

Mamo, kocham cię

W dniu swoich 57 urodzin, 28 marca 2017 roku, Schmitt dowiaduje się, że jego matka zmarła. Ten dzień to początek dwuletniej żałoby po najważniejszej kobiecie jego życia. Schmitt miał niezwykle silną relację z matką i doskonale daje to odczuć w swojej książce. «Dziennik utraconej miłości» to dłuższe i krótsze urywki o radzeniu sobie z tą tragedią. Czasem to dosłownie jedno zdanie, jedna ulotna myśl, która potrafi być bardziej przejmująca dla czytelnika, niż cały trzystronicowy zapis. Z biegiem stron opowieść się zmienia i jest już nie tylko o radzeniu sobie ze śmiercią matki, ale także o relacji pisarza z ojcem. I ta historia jest chyba jeszcze bardziej przejmująca, ale nie napiszę dlaczego, żeby nie spoilerować.

Dziennik utraconej miłości - Eric-Emmanuel Schmitt

Ach, więc to o to chodziło w tej książce

Autor poprzez swoją opowieść o matce, o żałobie, odkrywa przed nami (ale również przed samym sobą), jak w tym czasie powstały kolejne jego dzieła i dlaczego właśnie skupił się na danej tematyce. Bardzo mnie np. zaskoczyła refleksja na temat tytułu «Felix i niewidzialne drzewo». Myślę, że po lekturze «Dziennika utraconej miłości» można zupełnie inaczej zinterpretować tę opowieść. Inaczej też spojrzałam na przyjazd francuskiego pisarza do Polski na festiwal Literacki Sopot dwa lata temu, czyli w 2019 roku, podczas którego Schmitt nie tylko wziął udział w spotkaniu autorskim, ale również wystawił swój monodram «Madame Pylinska i sekret Chopina». 

Mam tak samo jak ty

Myślę, że dla wielu czytelników nie będzie to łatwa lektura, ale znajdą się też tacy, którzy wyciągną z niej wsparcie i pociechę we własnym bólu. Nie powinno mnie zaskoczyć to, jak wrażliwym mężczyzną jest Schmitt, a jednak zaskoczyło, jak bardzo pochłonęła go żałoba i jak długo w niej trwał. Sama odebrałam «Dziennik utraconej miłości» niezwykle osobiście, bo mam bliską relację z rodzicami i zdarza mi się myśleć o życiu bez nich. Są to myśli równe tym o końcu świata – zupełnie niewyobrażalne, przyprawiające o atak paniki, odrętwiające wręcz. Z jednej strony więc lektura «Dziennika…» nie należała do najłatwiejszych, z drugiej zaś – w dziwny sposób nieco mnie pokrzepiła.

Dziennik utraconej miłości - Eric-Emmanuel Schmitt

Podsumowując

Zdecydowanie nie jest to książka dla każdego, nawet jeśli jesteście wielkimi fanami twórczości Schmitta jak ja i do tej pory przeczytaliście wszystkie jego dzieła. I tak jak wspominałam na początku, wśród wszystkich osobistych tytułów, którymi do tej pory podzielił się z nami pisarz, ten uważam za najbardziej osobisty, najbardziej obnażający. Pod względem literackim to piękna książka i gdybym tylko na tej podstawie miała ją ocenić, polecałabym ją na prawo i lewo. Ale przez wzgląd na tematykę tym razem wpis zostawię bez werdyktu.