in Books, Literatura kobieca, Literatura młodzieżowa

„November 9” – Colleen Hoover

at
november-9-colleen-hoover

W twórczości Colleen Hoover zakochałam się po Maybe someday. Choć przez długi czas stroniłam od takich typowych romansów, książka ta przekonała mnie, że czasem warto zatopić się w love story i zapomnieć o prawdziwym świecie. O November 9 słyszałam same zachwyty – bardzo często pojawiają się opinie, że to najlepsza powieść pisarki. Czy w moim odczuciu tak jest rzeczywiście?

Fallon zapowiadała się na dobrą aktorkę, do czasu, gdy okropny pożar zniszczył jej nadzieje na karierę. Znajomość z Benem pozwala jej nabrać pewności siebie i wiary we własne piękno. Jest jednak pewien szkopuł – ustalili, że będą widywać się tylko raz w roku, w rocznicę swojego poznania, 9 listopada. Jednak każde kolejne spotkanie sprawia, że stają się sobie coraz bliżsi, a umowa wydaje się być zbędną przeszkodą. Los nie jest im jednak przychylny i wciąż podrzuca im kłody pod nogi. “I żyli długo i szczęśliwie” okazuje się nie być wcale takie pewne…

Spotkanie raz w roku, zawsze tego samego dnia – brzmi znajomo? Od razu skojarzyło mi się ze wspaniałą książką Davida Nichollsa, Jeden dzień. I za to pierwszy minus. Od samego początku coś mi nie grało w tej książce. Zbyt oklepane miejsce akcji – Los Angeles, zbyt oklepany motyw z pożarem, mało ciekawi bohaterowie i najgorsze – irytujący Ben. Hoover ma talent do opisywania męskich bohaterów w taki sposób, że od razu chcemy wziąć z nimi ślub. Ben również zalicza się do tej kategorii (miły, bezinteresowny, wspierający), ale jego poczucie humoru mnie denerwowało. Bohaterowie – drugi minus.

Fallon jest miłośniczką romansów i razem z Benem śmieją się z pewnych banałów wykorzystywanych w tego typu książkach. Tym samym Hoover wytyka pewne rzeczy tylko po to, żeby zaraz sama je wykorzystać… Oczywiście rozumiem, że to specjalny zabieg, ale dla mnie to kolejny minus. Niestety jestem strasznie zawiedziona tą książką. Od początku nie mogłam wczuć się w tę historię, ale miałam nadzieję, że z czasem mi przejdzie. Tak się jednak nie stało…

W moim mniemaniu, November 9 to najsłabsza książka Colleen Hoover. Słabsza nawet od kiepskiego Never never, w którym Hoover dała początek i zarys historii. Oklepane motywy i bohaterowie, ściągnięcie pomysłu z widywaniem się tylko raz w roku i historia niczym z telenoweli – jest mi strasznie przykro, że muszę zjechać książkę, na którą tyle czekałam.

Niestety nie polecam tej powieści i mam ogromną nadzieję, że kolejna będzie dużo lepsza…

Werdykt: NOT TO READ

Marth

Marth. Studentka bibliotekoznawstwa ze ścieżką edytorską, zakochana w książkach po uszy. Na dodatek kociara. Ten blog to miejsce, w którym może dzielić się swoją pasją.

  • Ciekawe. Wszędzie widziałam peany na część tej książki, a na grupach książkowych jest rozchwytywana. Miło zobaczyć coś odmiennego 🙂

    • Też widziałam same zachwyty i nie spodziewałam się, że tak mnie rozczaruje 🙁