Jeśli jesteście psiarzami lub kociarzami, pewnie lubicie od czasu do czasu sięgnąć po książki, w których bohaterami są wasi ulubieńcy. Jest jednak jeden problem z literaturą tego typu.

Mam wrażenie, że podobne historie są najczęściej infantylne, przesłodzone, a autorzy stawiają na tanie, proste emocje. Nie zawsze wychodzi to źle, weźmy za przykład klasyki takie jak «Lessie wróć», «O psie, który jeździł koleją» czy «Mój przyjaciel Hachico». Spodziewałam się, że «Mam na imię Jutro» też będzie sentymentalne i nastawione na tanie wzruszenie. Jak bardzo pierwsze wrażenie może okazać się mylne!

Prosta magiczna opowieść o miłości człowieka i psa? Nic bardziej mylnego

Mam wrażenie, że opis i okładka mogą być dla czytelników mylące. Rok 1815, Wenecja i pies, który w towarzystwie nieodstępującego go na krok kundelka Sporco czeka w umówionym miejscu na swojego pana. Kiedy się rozdzielali, umówili się, że gdyby stracili się z oczu i nie mogli odnaleźć, spotkają się u stóp katedry. Tyle że mężczyzna wciąż się nie pojawia, a jego wierny towarzysz czeka w tym samym miejscu każdego dnia, ani na chwilę nie tracąc nadziei. Czytając opis fabuły i patrząc na okładkę, łatwo odnieść wrażenie, że powieść Damiana Dibbena będzie niczym magiczna baśń o miłości człowieka i psa, a czas i miejsce akcji to wisienka na torcie. Tymczasem, chociaż mamy i magię, i miłość, historia wcale nie jest ani infantylna, ani tania i rzewna.

Mam na imię Jutro - Damian Dibben

Czy personifikacja musi odbywać się kosztem psich instynktów i zwierzęcych zachowań?

Moje pierwsze wrażenie dot. tej książki to: z pewnością będzie to piękna, prosta opowieść dla młodszych czytelników. Spodziewałam się raczej czegoś na miarę «Był sobie pies», a dostałam historię niebanalną, która zaskoczyła mnie pod każdym względem. Nie znajdziecie tu infantylności, tanich emocji, nacisku na wzruszenia pięknem miłości (chociaż to ważny motyw, ale podany w dużo bardziej strawnym stylu). Trochę czasu zajęło mi wciągnięcie się w tę historię, ale w jej przypadku uważam to za duży plus. Narratorem jest tytułowy pies i zaskoczyło mnie, w jaki sposób autor wykreował tę postać, w jaki sposób posługuje się personifikacją, zachowując jednak wiele psich cech. Nie robi z niego na siłę człowieka. Pozwala Jutro, a zwłaszcza Sporco, zachować psie instynkty, psią porywczość. Jutro nie jest zwykłym psem, nie jest też jednak psem w stu procentach wykreowanym na podobieństwo ludzi.

Niby jest magia, ale nie z tych uroczych, baśniowych

«Mam na imię Jutro» to skomplikowana opowieść zabierająca nas w podróż przez czas i miejsce. Dużo w niej magii, ale z pewnością nie tej baśniowej i uroczej, która przychodzi na myśl po spojrzeniu na okładkę. Zachwyca mnie oryginalność fabuły i brak infantylizmu, przy jednoczesnym zachowaniu raczej oklepanego wątku, czyli niesamowitej relacji między człowiekiem, a jego psem. Mamy tu dylematy moralne, wierność, trudne relacje między ludźmi, zdradę, czarny charakter. Nie chcę wam przybliżać fabuły bardziej, niż robi to opis od wydawcy, bo zasługujecie, aby sami odkrywać jej kolejne elementy, strona po stronie, rozdział po rozdziale.

Mam na imię Jutro - Damian Dibben

Podsumowując

Główny przekaz tego tekstu ma być następujący: to nie jest milutka, rzewna opowieść o sile psiej miłości. To nie jest lektura na jeden wieczór, którą skończycie zaryczeni i osmarkani, jak np. przy «Był sobie pies» czy filmowym «Mój przyjaciel Hachico». Moim zdaniem to powieść dużo dojrzalsza, powieść, na jaką czekali miłośnicy psów, którzy jednak nie przepadają za tanią emocjonalnością książek w podobnej tematyce. To też kolejna tegoroczna powieść niebanalna ze względu na czas i miejsca, w których się rozgrywa. Już mam w głowie pomysł na zestawienie podobny książek, bo zapowiada się, że będzie ich kilka.

Werdykt: TO READ

*za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Albatros