Spieszę do Was ze świeżutką recenzją książki, która niedawno pojawiła się w księgarniach. Choć kilka innych powieści czekało w kolejce, Schmitt zawsze ma u mnie pierwszeństwo.

Nie zdążyłam jeszcze zapomnieć o „Papugach z placu d’Arezzo”, a Schmitt uraczył mnie już nową książką. Wspaniały prezent na początek roku! Nie mogłam się powstrzymać i „Napój miłosny” zaczęłam czytać zaraz po wyjściu z księgarni. Jeśli któregoś dnia widzieliście dziewczynę na Krakowskim Przedmieściu idącą chodnikiem z nosem w książce, bardzo prawdopodobne, że to byłam ja ;). Nowe dzieło Schmitta pochłonęłam w godzinę, więc spieszę podzielić się z Wami moją recenzją, choć już możecie się spodziewać, że będzie ona pełna „ohów i ahów”.

„Napój miłosny” to krótkie, bo 140-stronicowe, opowiadanie w formie listów. Adam i Luiza, którzy niedawno rozstali się po pięcioletnim związku, korespondują ze sobą, wymieniając myśli na temat miłości. Luiza po rozstaniu wyjechała do Kanady, Adam został w Paryżu. W mailach rozmawiają o swoim związku, o naturze kobiet i mężczyzn, o seksie, pożądaniu. Oraz o hipotetycznym napoju miłosnym. Adam, któremu zależy jedynie na fizycznej naturze związku, twierdzi, że posiada taką „miksturę” i chce udowodnić Luizie jej działanie, podrywając jej koleżankę Lily. Jednak sytuacja wymyka się mężczyźnie spod kontroli  i niepostrzeżenie sam się zakochuje. Zakończenie jednak całej historii nie jest takie oczywiste.

Uwielbiam Schmitta piszącego o miłości. Uwielbiam jego intrygi, jego bohaterów i spojrzenia na współczesny świat krzywym okiem. „Napój miłosny” to kwintesencja schmittowatości. Krótkie opowiadanie, wciągająca, lekko zawikłana historia, świetni bohaterowie, niebanalna miłość.  Książka jest wspaniała i trochę żałuję, że to tylko krótkie opowiadanie, jednak przy tej opowieści inaczej być nie mogło. Jestem nudna i nieobiektywna, ale… każda książka Schmitta niesamowicie mnie zachwyca i nie inaczej jest z jego najnowszym dziełem. Pozycja idealna na Walentynki! 🙂

Werdykt: TO READ!!!