Przed serialowymi «Wielkimi kłamstewkami» nie słyszałam nic o twórczości Liane Moriarty. A teraz? Teraz mam za sobą trzecią jej książkę i muszę przyznać, że z tytułu na tytuł coraz bardziej lubię twórczość tej australijskiej pisarki.

Jak wiecie, nie jestem wielką fanką obyczajówek (chyba że brytyjskich). Nie po drodze mi też od jakiegoś czasu w thrillerami. Moriarty sprawia, że w lutym mogę odhaczyć obydwa te gatunki, bo jej powieści to właśnie literatura obyczajowa z elementami thrillera. I to jest naprawdę świetne połączenie.

To nie jest nowa powieść

«Sekret mojego męża» nie jest nową powieścią Moriarty, bo została wydana w 2013 roku. Nie jest także nowa na polskim rynku, bo i u nas już wcześniej była dostępna. Jest za to nowa w Wydawnictwie Znak, które kilka lat temu przejęło wydawanie książek tej autorki i robi to bardzo dobrze. Niby mówi się, żeby nie oceniać książki po okładce, ale ja nic nie poradzę na to, że okładki książek Moriarty od Znaku zdecydowanie mnie przyciągają i zachęcają do lektury historii, którą ukrywają. Lubię ten ich niepokojący klimat w połączeniu z różowymi literami. Dokładnie takie jest wnętrze powieści – trochę różowe, przesłodzone, a jednocześnie wciąż niepokojące i trzymające w napięciu.

Sekret mojego męża - Liane Moriarty

Zanim Moriarty napisała «Wielkie kłamstewka»

«Sekret mojego męża» został wydany rok przed «Wielkimi kłamstewkami» i chociaż nie znam książkowej wersji «Big little lies», zastanawiam się, czemu właśnie «The Husband’s secret» nie doczekało się jako pierwsze serialowej adaptacji. Przez całą lekturę oczami wyobraźni widziałam, jak świetnie taką produkcję by się oglądało. Historia trzech kobiet: Cecilii, Tess i Rachel, jest ciekawie utkana i wciąga niemal od samego początku. Co prawda przy pierwszych rozdziałach postać Cecilii, a raczej jej głowa pełna dziwnych rozważań, nieco mnie drażniła, ale z czasem i ona stała się dla mnie interesującą bohaterką. Widzę tylko jeden powód, dlaczego to nie «Sekret mojego męża» zachwycił showrunnerów HBO – Moriarty nie każe nam czekać aż do samego końca, aby poznać tytułowy sekret.

Tytułowa historia to nie wszystko

Bardzo podoba mi się, jak autorka połączyła losy trzech bohaterek, jak ich historie się wzajemnie dopełniają, aby stworzyć ciekawą całość. Początkowo nie widzimy tych powiązań, ot, trzy kobiety, każda na różnym etapie życia i z różnymi problemami na głowie, a łączy je jedynie to, że wszystkie związane są z tym samym środowiskiem poprzez pewną szkołę. I cały ten wielki, tytułowy sekret jest gdzieś tam w oddali czekając na swoją wielką chwilę. Z biegiem stron jednak kolejne pinezki na naszej tablicy tropów się łączą i sznurek zaczyna latać jak szalony od jednego wątku do drugiego. Zwłaszcza jedno z powiązać wzbudziło moją chęć bicia autorce oklasków, ale oczywiście wam nie zdradzę które, bo byłby to ogromny spoiler. No i epilog! Ta fantastyczna wisienka na torcie! Moje ukłony, pani Moriarty.

Sekret mojego męża - Liane Moriarty

Liane Moriarty w dobrej formie

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak dobrego wrażenia. Dwie inne powieści Moriarty, z którymi miałam okazję się zapoznać – «Dziewięcioro nieznajomych» i «Miłość i inne obsesje» – czytało się bardzo dobrze, ale miały w sobie specyficzne wątki, o których nie do końca wiedziałam co myśleć. W przypadku «Sekretu mojego męża» nie mam właściwie nic do zarzucenia. Czepiałabym się raczej szczegółów dotyczących feminizmu, stereotypów na temat osób otyłych czy psychoterapii, ale postanowiłam przymknąć na to oko, bo są to grzeszki raczej małego kalibru. Są to też grzeszki, jakie popełniają wciąż zwykli ludzie, więc poniekąd pasują one do nieidealnych bohaterek. «Sekret…» to trzecia powieść australijskiej pisarki, którą miałam okazję przeczytać, i zdecydowanie najlepsza.

Podsumowując

Liane Moriarty zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie tą książką. Świetnie czytało mi się «Sekret mojego męża», bardzo podoba mi się to, w jaki sposób autorka zaskakuje czytelnika nie każąc mu czekać z rozwiązaniem tytułowej zagadki do samego końca książki, a jednak wciąż trzymając go w niepewności za pomocą innych zabiegów. No i epilog, który jest naprawdę mistrzowski. Zdecydowanie wam tę powieść polecam.

Werdykt: TO READ!!!

*wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Znak Literanova