Czy Jakuba Małeckiego trzeba jeszcze komuś przedstawiać? Po niewinnym pytaniu na Instagramie wyszło, że tak. Może więc tekstem o jego nowej książce zachęcę was do poznania twórczości jednego z najzdolniejszych młodych polskich pisarzy?

Sama długo odkładałam lekturę jego książek, aż przyszedł moment, że pół bookstagrama zachwyciło się «Rdzą». A ja, trochę na przekór, a trochę sama nie wiem czemu, postanowiłam, że skoro już złapałam się na haczyk, zacznę od początku, tj. od «Dygotu», czyli pierwszej książki Małeckiego wydanej przez SQN. Później zresztą też czytałam chronologicznie: «Ślady», «Rdza», «Dżozef», «Nikt nie idzie» i teraz «Horyzont». Mam więc idealny obraz tego, czy i jak autor się rozwija. I muszę przyznać, że jego pióro idzie w intrygującym kierunku.

Małecki wczoraj i Małecki dziś

Przy pierwszym spotkaniu z twórczością pisarza zachwycił mnie język, którym się posługiwał. Niezwykle literacki, lekko baśniowy, magiczny. Już samo to, jak brzmiały kolejne zdania, było ucztą dla oczu i umysłu, a przecież równie ważna jest fabuła. Tutaj też zdecydowanie nie było na co narzekać. Małecki w «Dygocie», «Śladach» i «Rdzy» opowiada piękne, a jednocześnie pełne bólu małe wielkie historie. Jego bohaterowie są zwykłymi, prostymi ludźmi, którzy borykają się z szarą codziennością, a jednocześnie z wielkimi dramatami. A potem przychodzi wznowiony i przeredagowany «Dżozef», który pokazał mi nową twarz pisarza. Twarz, która swój dalszy ciąg ma w «Nikt nie idzie» i w «Horyzoncie» właśnie.

Horyzont - Jakub Małecki

Mniej baśniowo, bardziej przyziemnie

Po etapie bolesnych baśniowych historii przyszedł czas na równie bolesne, ale bardziej przyziemne. Mam wrażenie, że autor wkroczył na następny poziom, kiedy to ważniejsza jest historia i bohaterowie, niż poetyckość języka, którym posługuje się narrator. Z jednej strony trochę za tym tęsknię, z drugiej zaś – niezmiennie zachwycają mnie snute przez autora opowieści i kreacje bohaterów. W «Dżozefie» i w «Horyzoncie» mamy jeszcze ten aspekt, że narracja jest pierwszoosobowa, ciężko więc byłoby kazać bohaterom mówić literackim językiem. Mimo tych zmian, jedno pozostaje stałe – mój zachwyt. Raz jest gigantyczny, raz nieco mniejszy, ale o żadnej książce Małeckiego nie mogłabym powiedzieć, że jest słaba, bohaterowie nieprzekonujący, a pomysł na fabułę marny. Tym bardziej, jeśli chodzi o «Horyzont».

Moja nowa ulubiona powieść Jakuba Małeckiego?

Chociaż kolejne książki Małeckiego ogromnie mi się podobały, żadna z nich nie dorównywała zachwycającym «Śladom». Przed lekturą nowych tytułów pióra tego autora zawsze zastanawiałam się, czy tym razem któryś z nich zdetronizuje mojego ulubieńca i dopiero «Horyzontowi» się to udało. Już przy pierwszych stronach czułam, że to będzie coś, że będzie to kawał przejmującej książki, która poważnie zagrozi «Śladom». 

Jakub Małecki tym razem sięga po zespół stresu pourazowego u żołnierzy walczących na Bliskim Wschodzie. Maniek, główny bohater, to były żołnierz, który po 7 latach od powrotu z Afganistanu wciąż nie potrafi przegonić swoich demonów. Co tam przeżył? Czemu nie potrafi spotkać się ze swoim kilkuletnim siostrzeńcem? Jego sąsiadką jest Zuza, która codziennie przyjeżdża do domu rodzinnego, aby chociaż chwilę spędzić z babcią zmagającą się z coraz większą demencją. Kobieta myli wnuczkę ze swoją córką i przypadkowo zaczyna odkrywać przed Zuzą rodzinną tajemnicę. Dwie historie, które łączą się w trzecią, ich wspólną.

Horyzont - Jakub Małecki

«Horyzont» i demony wojny

Pod względem języka, «Ślady» wciąż pozostają moim ulubieńcem, ale jeśli chodzi o historię i bohaterów, «Horyzont» mocno wyszedł na prowadzenie. Opowieść Mańka jest przejmująca, tym bardziej, że to tak bardzo aktualny temat. Autor opowiada o misji w Afganistanie tak, jakby sam brał w niej udział. Czytając historię opowiedzianą oczami głównego bohatera, automatycznie masz ochotę pojechać do niego do mieszkania na warszawskim Mokotowie i spróbować pomóc mu uporać się z jego demonami. Chcesz być na miejscu Zuzy. Sama Zuza też jest bardzo ciekawą bohaterką, ale to historia Mańka najbardziej mnie przejęła i sprawiła, że tak bardzo nie mogłam oderwać się od «Horyzontu», że przeczytałam go w jeden dzień. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś takiego mi się zdarzyło. 

Podsumowując

«Horyzont» to kolejna powieść pełna bólu, ale jednocześnie cały czas widzisz gdzieś tam to światełko, że jeszcze nic straconego, że jeszcze może być dobrze. Gdyby to było moje pierwsze spotkanie z autorem, byłabym kupiona i od razu pognała do księgarni po inne jego powieści. Nie pozostaje mi nic innego, jak podsumować całość jednym słowem. Czytajcie!

Werdykt: TO READ!!!

*za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu SQN