in Books

„Maybe someday” – Colleen Hoover

at
maybe-someday-colleen-hoover

“On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.

Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.

Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…

Maybe someday to opowieść o ludziach rozdartych między “może kiedyś” a “właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i muzyce, którą czuje się całym ciałem.”

Nie miałam do czynienia do tej pory z twórczością Colleen Hoover. Żadna z książek tej pisarki nie rzuciła mi się nigdy w oczy w witrynie księgarni. O Maybe someday dowiedziałam się z plebiscytu “Książka roku 2015” portalu Lubimy czytać – powieść wygrała w kategorii literatura obyczajowa, romans. Niedawno trafiłam też na jednym z blogów na recenzję tej książki, po której wiedziałam, że muszę ją przeczytać teraz, zaraz. I przepadłam w odmętach historii Ridga i Sydney jak dawno nie przepadłam w żadnej książce.

Ridge i Sydney poznali się dzięki muzyce. Mieszkając na przeciwko siebie, obydwoje lubili spędzać wieczory na balkonie – Ridge ćwicząc na gitarze własne piosenki, Sydney zatapiając się z rozkoszą w tych dźwiękach. Los sprawia, że tych dwoje poznaje się bliżej, a wieczory na dwóch różnych balkonach przeradzają się w całonocne spotkania w pokoju chłopaka i wspólne wymyślanie tekstów do skomponowanej przez niego muzyki. Ridge odkrywa w Sydney talent do pisania i przelewania na papier własnych myśli. Zaczyna ich łączyć coraz więcej, jednak to nie jest właściwy moment i oboje próbują zwalczyć kiełkujące w ich sercach uczucie. Nie idzie im to jednak łatwo, po drodze zostanie wylanych mnóstwo łez…

Jestem totalnie oczarowana tą historią, zakochana w niej, zakochana w piórze Colleen Hoover. Miałam ogromny dylemat czytając tę książkę, ponieważ z jednej strony chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, jak skończy się historia Ridga i Sydney, z drugiej zaś okropnie nie chciałam się z nimi rozstawać. Podczas lektury targały mną różne emocje: raz chciało mi się śmiać, za chwilę byłam wkurzona na Ridga, żeby trzy strony później wzruszać się prawie do łez. Niesamowite, jak muzyka oddziałuje na naszą duszę. Maybe someday wyróżnia się nieco od typowych książek – specjalnie do powieści powstało kilka piosenek, których możemy słuchać podczas czytania. To jeszcze bardziej wpływa na wyobraźnię – czytamy fragment, gdzie Ridge wspólnie z Sydney tworzą nową piosenkę, mamy jej słowa (po angielsku i po polsku) i kiedy Ridge gra a Sydney śpiewa, my tego słuchamy. Niesamowite doświadczenie.

DSC_0861

Oczywiście jest też parę irytujących rzeczy: Ridge, który sam nie wie, czego chce i czasem jego zachowanie jest strasznie prostackie plus ciągle płacząca Sydney. Po tylu wylanych łzach dziewczyna powinna trafić do szpitala z odwodnienia 😉 Cała historia jest jednak tak magiczna, że wybaczam nawet te drobne minusy.

A teraz uwaga, mały spoiler, ale niestety jest on dla mnie na tyle ważny w całej ocenie książki, że muszę o nim wspomnieć. Jeśli nie chcecie psuć sobie niespodzianki we własnym poznawaniu historii pióra Hoover, nie czytajcie dalej.

Najfantastyczniejszą rzeczą dla mnie w Maybe someday jest to, co Hoover zrobiła z Ridgem. Mężczyzna, który tak niesamowicie gra na gitarze, czym oczarował Sydney, jest głuchy. Głuchy i zna język migowy. Czy może być bardziej idealny bohater romantyczny dla głuchej czytelniczki? Kiedy dowiedziałam się, że wątek głuchoty występuje w książce i nie jest tylko elementem pobocznym, poczułam się, jakby ktoś mną wstrząsnął, i to w pozytywnym znaczeniu. Wreszcie jakaś książka, gdzie będę mogła odnaleźć tę cząstkę siebie, którą niewielu jest w stanie zrozumieć. I to właśnie głuchy Ridge, na dodatek grający na gitarze, robi dla mnie całą książkę.

Bardzo, bardzo polecam! Na pewno przeczytam inne powieści Colleen Hoover, ale czuję, że Maybe someday pozostanie tą ulubioną.

Werdykt: TO READ!!!

Marth

Marth. Studentka bibliotekoznawstwa ze ścieżką edytorską, zakochana w książkach po uszy. Na dodatek kociara. Ten blog to miejsce, w którym może dzielić się swoją pasją.