in Films

„Marsjanin”

at

Marsjaninie było ostatnio tak głośno, że chyba ciężko znaleźć osobę, która nie słyszałaby o tym filmie lub nie mignął jej chociaż przed oczami plakat promocyjny.Sama co jakiś czas dostaję pytania od znajomych czy widziałam już nowy film z Mattem Damonem i z każdym takim pytaniem mój apetyt na wypad do kina powiększał się coraz bardziej. Marsjanina udało mi się w końcu obejrzeć tydzień temu, czas więc na recenzję 🙂Marsjanin

„Straszliwa burza piaskowa sprawia, że marsjańska ekspedycja, w której skład wchodzi Mark Watney, musi ratować się ucieczką z Czerwonej Planety. Kiedy ciężko ranny Mark odzyskuje przytomność, stwierdza, że został na Marsie sam w zdewastowanym przez wichurę obozie, z minimalnymi zapasami powietrza i żywności, a na dodatek bez łączności z Ziemią. Co gorsza, zarówno pozostali członkowie ekspedycji, jak i sztab w Houston uważają go za martwego, nikt więc nie zorganizuje wyprawy ratunkowej; zresztą, nawet gdyby wyruszyli po niego niemal natychmiast, dotarliby na Marsa długo po tym, jak zabraknie mu powietrza, wody i żywności. Czyżby to był koniec? Nic z tego. Mark rozpoczyna heroiczną walkę o przetrwanie, w której równie ważną rolę co naukowa wiedza, zdolności techniczne i pomysłowość odgrywają niezłomna determinacja i umiejętność zachowania dystansu wobec siebie i świata, który nie zawsze gra fair…”

(Multikino)

Ok, wiem, że się powtarzam, ale do niedawna naprawdę nie byłam fanką ani fantastyki ani sci-fi, zarówno w literaturze jak i kinematografii. A już na pewno nie byłam fanką filmów o eksploracji kosmosu, bo, jak odkrył ostatnio mój M., mam astrofobię. Odkąd pamiętam boję się kosmosu, gwiazd, księżyca, myślenia o tym, jak wielki jest wszechświat. Im więcej o tym myślę, tym silniejszych ciarek na plecach dostaję. Ale ostatnio nieco się to zmieniło. Najpierw obejrzeliśmy z M. Interstellar. I nie szkodzi, że końcówki filmu i tych wszystkich wymiarów czasoprzestrzeni zupełnie nie zrozumiałam. Chodzi o sam obraz i widoki, a te były oszałamiające. Potem przyszedł czas na Grawitację (żałuję, że nie byłam na tym w kinie – na wielkim ekranie film musiał robić ogromne wrażenie!), Moon (początkowo nieco nudnawy, ale z czasem wciąga) a wreszcie na Marsjanina.

Nie jestem znawczynią sci-fi, więc nie będę oceniać czy film jest innowacyjny a historia inna niż wszystkie. Będę go oceniać okiem laika i astrofoba. Zacznijmy od obrazu. Czerwona, wielka pustynia usiana górami i kraterami, zero roślin, zero wody. Co jakiś czas planetę nawiedzają niespotykanie silne burze piaskowe. Drobny skrawek Marsa zajmuje obóz naukowców NASA i jeden człowiek, pozostawiony przez ekipę zupełnie sam. Robi wrażenie! Matt Damon świetnie się sprawdził jako tytułowy Marsjanin. Szczęśliwym trafem główny bohater jest botanikiem, dzięki czemu jego walka o przetrwanie ma sens. Kończy się jedzenie? Nie szkodzi! Wyhodujmy ziemniaki! Nieważne, że to Mars i nie ma na nim wody. Botanik poradzi sobie z tym bez problemu! Na szczęście grupa naukowców nie miała czasu spakować dobytku, dzięki czemu zostawili Markowi Watneyowi wiele przydatnych rzeczy. Brak łączności z siedzibą główna NASA? I z tym sobie poradzimy.

Mark Watney budzi podziw. Został sam na obcej planecie, z niewielkimi zapasami żywności i jeszcze mniejszymi szansami na ocalenie. Mężczyzna jednak nie poddaje się. Hoduje ziemniaki i szuka możliwości kontaktu z Ziemią, wierząc, że doczeka się misji ratunkowej. Zamiast usiąść i płakać nad marnym losem, wykorzystuje swoją wiedzę botanika i przystosowuje ją do ciężkich warunków Czerwonej Planety. Dużym plusem filmu jest humor rozładowujący napięcie. W jednej chwili przeżywamy z bohaterem jakieś niepowodzenia, chwilowe komplikacje, by zaraz razem z nim się śmiać. Pod koniec filmu niemal wbijałam paznokcie w fotel, ale ostatecznie wyszłam z kina z nieuszkodzonymi rękami 😉

Ten film nie ma dla mnie żadnych minusów. Idealna dawka napięcia i humoru na przemian. Świetna gra aktorów. Świetnie ukierunkowanie historii i jej finał. Jest to też kolejny film, który sprawił, że mam teraz ogromną ochotę przeczytać książkę, na której podstawie powstał. Taka promocja na pewno cieszy autora oryginalnej historii 🙂

Polecam!

Tagi:
Share:

Marth

  • Ja zawsze byłam fanką fantastyki, ale z s-fi mam podobnie – kiedyś byłam zawsze na nie, ale ostatnio zaczynam się przekonywać. Żałuję teraz, że nie poszłam na „Marsjanina” do kina, ale chętnie nadrobię ten seans. I książkę też 😉

    • Marsjanina spokojnie można obejrzeć na mniejszym ekranie 🙂