Na początku roku (albo pod koniec ubiegłego) przyznałam się wam, że mam na półkach ponad 180 nieprzeczytanych książek. Wiele z nich czeka już co najmniej 4 lata na swój czas, jak nie więcej. W ramach tematycznych miesięcy postanowiłam coś z tym zrobić.

Po udanym #styczeńpopolsku, na luty wybrałam temat walki z leżakami regałowymi, czyli książkami, które już zbyt długo czekają na to, aby je przeczytać. Pewnie znacie to z autopsji – kupujecie te wszystkie książki, bo tak bardzo chcecie je przeczytać, ale doba ma tylko 24 godziny, a przecież trzeba pracować, aby na te wszystkie książki zarabiać (w sensie na ich kupno). W efekcie wiele tytułów, które musicie przeczytać, leży już na półce rok, dwa lata, trzy itd. I zaczynają się wyrzuty sumienia.

Ja mam jeszcze ten problem, że za każdym razem, kiedy któryś z moich książkowych wyrzutów sumienia zobaczę u innej osoby na Instagramie, przypominam sobie, jak bardzo ten tytuł chcę przeczytać, a zaraz potem, że jest jeszcze tyle innych książek w kolejce, aż wreszcie sama się nakręcam z tymi wyrzutami. Już w zeszłym roku w ramach tematycznych miesięcy udało mi się przeczytać kilka książek, które zbyt długo na to czekały, ale tym razem postanowiłam działać konkretniej i poświęcić im cały miesiąc.

#lutoweleżakiregałowe bez ciśnienia

Początek roku na taki temat brzmi sensownie, nie chciałam jednak nakładać na siebie zbyt dużej presji, więc wybrałam zaledwie 4 książki, które chciałam w ramach lutowej akcji przeczytać. Zazwyczaj nie udaje mi się wyrobić z całym TBR (to be read, czyli tzw stos zaplanowanych do przeczytania książek), stąd postawiłam na opcję minimum. I to był świetny pomysł! Udało mi się bez większych problemów przeczytać je wszystkie, mimo że w międzyczasie czytałam też nowości i książki, które dopiero pojawią się w księgarniach, więc jestem z siebie naprawdę dumna. A wzorem styczniowego podsumowania, chciałabym i tym razem opowiedzieć trochę o tytułach, które przeczytałam w ramach akcji lutowej.

Pan Darcy nie żyje - Magdalena Knedler

1. «Pan Darcy nie żyje» Magdalena Knedler

Jak się okazało, to debiutancka powieść Magdy. Bardzo lubię twórczość Jane Austen, przeczytałam jej książki jeszcze przed czasami bookstagrama i przez Austen zakochałam się w epoce wiktoriańskiej. Na widok tego tytułu (i niebieskiej okładki) nie mogłam więc przejść obojętnie. «Pan Darcy nie żyje» to lekka komedia kryminalna, bardzo luźno powiązana z «Dumą i uprzedzeniem» angielskiej pisarki. Autorka zabiera nas plan kolejnej ekranizacji najsłynniejszej powieści Austen i aktorów oraz resztę ekipy pracującej przy produkcji miesza w morderstwo odtwórcy roli pana Darcy’ego. Muszę przyznać, że to niezły debiut i świetnie spędziłam czas przy tej książce, mam jednak wrażenia, że Knedler nieco przesadziła z kreowaniem bohaterów na komiczne postaci. Za dużo było w nich wszystkich jakiejś ekspresji, podniecenia, emocji itd. Czasami mi się to gryzło, ale wiem, że komedie kryminalne rządzą się swoimi prawami. To moje pierwsze spotkanie z twórczością Knedler i myślę, że mogę je uznać za udane i zachęcające do sięgnięcia po jej powieści z innych kategorii literackich.

2. «Szepty kamieni. Historie z opuszczonej Islandii» Berenika Lenard, Piotr Mikołajczak

To kolejna książka o Islandii, którą przeczytałam w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Akurat mam taki czas, że przynajmniej raz w miesiącu czytam coś związanego z Islandią – albo non-fiction, albo beletrystykę. «Szepty kamieni» chciałam przeczytać niemalże od premiery tej książki w 2017 roku, tym bardziej, że widziałam wtedy mnóstwo pozytywnych opinii, ale ciągle brakowało mi czasu i zanim po nią sięgnęłam, zdążyłam przeczytać m.in. «Farmę Heidy», którą bardzo dobrze wspominam. Książka Lenard i Mikołajczaka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, na jakie liczyłam, ale nie mogę odmówić jej tego, że jest ciekawa i myślę, że to dobry tytuł na pierwsze spotkanie z tą wyspą. Znajdziecie tu Islandię oczami zarówno jej mieszkańców, jak i turystów, ale właśnie głównie o tej turystycznej stronie jest to książka, więc po lekturze warto sięgnąć po coś jeszcze, aby lepiej poznać ten kraj.

Sny o Jowiszu - Anuradha Roy

3. «Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary» Lawrence Wright, tł. Agnieszka Wilga

O tym, że jestem fanką serii amerykańskiej Wydawnictwa Czarne pisałam na Instagramie już tyle razy, że pewnie wiele osób zaczyna to moje powtarzanie się irytować. Wielkie wrażenie zrobił na mnie reportaż Krakauera na temat mormonów, a kiedy zobaczyłam, że jest też tytuł poświęcony scjentologom, wiedziałam, że i po niego muszę sięgnąć. Problemem było to, że ta książka ma ponad 500 stron (500 stron tekstu plus jakieś 50-70 bibliografii i przypisów, wow!), co mnie mocno zniechęcało. Miałam już jedno podejście do niej, zaplanowałam sobie lekturę na bodajże sierpień zeszłego roku, ale nie wyszło. Tym razem postanowiłam się zawziąć, tym bardziej, że «Droga do wyzwolenia» jest dostępna na Legimi, więc na czytniku czytałoby mi się ją dużo łatwiej. I tak też zrobiłam, mimo egzemplarza papierowego na półce – pobrałam sobie ebooka na czytnik i zaczęłam podczytywać w drodze do pracy i sytuacjach, kiedy czytanie książki papierowej, jakiejkolwiek, było niewygodne.

Jestem pod ogromny wrażeniem pracy Wrighta, bo scjentolodzy to bardzo zamknięta sekta. Jednocześnie wszelkich źródeł i tekstów, na podstawie których dziennikarz pisał swoją książkę, jest tyle, że w głowie mi się nie mieści, jak można to wszystko sensownie poukładać i zlepić w logiczną całość. Kawał dobrego reportażu, mnóstwo ciekawej wiedzy na temat scjentologii, jej powstania, tego, co dzieje się w środku i tego, czemu przyciąga gwiazdy Hollywood. Na słowa uznania zasługuje też tłumaczka Agnieszka Wilga, bo reportaż Wrighta pełen jest specjalistycznych pojęć używanych przez scjentologów, które nie zawsze łatwo było przetłumaczyć. Bardzo mocno polecam wam ten tytuł.

4. «Sny o Jowiszu» Anuradha Roy, tł. Jędrzej Polak

Jeśli dobrze pamiętam, to moje drugie spotkanie z indyjską literaturą piękną i niestety znów nieudane. W «Snach o Jowiszu» mamy cztery wątki główne i wszystkie były dla mnie bardzo ciekawe przez większość książki. Zastanawiałam się, dokąd zmierzają poszczególne historie danych bohaterów, jak zostaną rozwiązane ich problemy, czy znajdą jakieś ukojenie w nich itd., ale końcówka jest dla mnie zupełnym nieporozumieniem. W pewnym momencie przestałam też rozumieć, co się dzieje z bohaterami, skąd takie ich zachowania. Pod względem pióra, książka jest dobrze napisana i świetnie się ją czyta, ale ostatnie 30-50 stron sprawiło, że nie potrafię tej powieści ocenić pozytywnie. A szkoda.

Podsumowując, akcję #lutoweleżakiregałowe zdecydowanie uważam za udaną. Mam satysfakcję, że rozprawiłam się chociaż z tymi czterema tytułami, ale jednocześnie wiem, że to początek góry lodowej i na dobrą sprawę taki temat powinnam wybierać na każdy miesiąc. Ale! Nie ma co wariować, trzeba doceniać choćby te drobne sukcesy w walce z książkowymi wyrzutami sumienia. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie i wzięliście udał w akcji, ogromnie wam dziękuję i cieszę się, że zechcieliście do mnie dołączyć. 

A ja już trochę czekam na marzec, bo zapowiada się… sami zobaczycie!

Do przeczytania!