Wiśniewski to jeden z moich ulubionych polskich pisarzy. Zawsze niezmiennie zaskakuje mnie jego niesamowita ścieżka kariery. Magister fizyki i ekonomii, doktor informatyki, doktor habilitowany chemii, człowiek uwielbiający muzykę klasyczną i wspaniały pisarz. Robi wrażenie.

Jak łatwo zauważyć, niewiele czytam polskiej literatury. Jest jednak kilku polskich współczesnych pisarzy, których uwielbiam. Jednym z nich jest Janusz L. Wiśniewski, którego książki mogę kupować w ciemno (choć raz się nacięłam – Na fejsie z moim synem jest niebywale nudne). Los powtórzony to jedna z pierwszych książek tego autora.

Opis na tylnej okładce ma się nijak do treści książki – choć mamy głównego bohatera, Marcina, i to jego życie jest tematem przewodnim, Los powtórzony to swoisty misz masz różnych bohaterów, różnych historii. Marcin, góral po czterdziestce z Biczyc,  pracuje jako dyrektor w muzeum w Nowym Sączu. Wspomina swoją jedyną, tragiczną miłość do Marty, która nie potrafiła docenić chłopaka i doprowadziła go do ataków nerwicy. Po śmierci matki mężczyzna postanawia odbudować swoje życie. Dzięki pomocy bratanka odkrywa Internet i czat. Tam poznaje intrygującą Emilię, która, tak jak on, uwielbia konie. W tym samym czasie nawiązuje również bliższą relację z jedną z pracownic muzeum – Mirką. Mamy też skomplikowane historie czterech braci głównego bohatera i ich wzajemne relacje oraz Starą Siekierkową, 90-letnią góralkę,  która niejedno już widziała i niejedno przeżyła.

Czytając Los powtórzony miałam wrażenie, że Wiśniewski nie mógł rozstać się ze swoim poprzednim bestsellerem – S@montością w sieci – i znów wykorzystuje ten sam motyw. Początki Internetu, czat, na którym poznają się dwie samotne, zagubione dusze, nawiązując swoisty romans. Nawet postaci Jakuba i Natalii (bohaterów z S@morności…)  również pojawiły się w  Losie powtórzonym, co akurat bardzo mi się podobało, bo uwielbiam, kiedy autorzy w swoich nowych książkach wracają do starych bohaterów. Wydaje mi się, że pisarz nie miał pomysłu na tę książkę.  Im bliżej byłam końca, tym bardziej nie rozumiałam dokąd autor zmierza ze swoją opowieścią. A kiedy już skończyłam czytać, w głowie miałam jeden wielki znak zapytania. To już? I to tyle? Wiśniewski spokojnie mógłby rozwinąć historię Marcina i stworzyć z tego grubą powieść. Zamiast tego urwał w kulminacyjnym momencie, pozostawiając czytelnika w zawieszeniu i frustracji.

Trochę się zawiodłam, ale to Wiśniewski, więc wszystko mu wybaczam 😉 Książkę przez większość czasu czyta się fantastycznie (tylko to zakończenie, które zakończeniem nie powinno być, psuje efekt), dlatego choć w tej recenzji jest sporo negatywnej opinii, nie mogę dać negatywnej oceny. Nie Januszowi L. Wiśniewskiemu 😉

Werdykt: TO READ