in Films

„La La Land”

at
la-la-land

„Mia jest początkującą aktorką, która w oczekiwaniu na szansę pracuje jako kelnerka. Sebastian to muzyk jazzowy, który zamiast nagrywać płyty, gra do kotleta w podrzędnej knajpce. Gdy drogi tych dwojga przetną się, połączy ich wspólne pragnienie, by zacząć wreszcie robić to co kochają. Miłość dodaje im sił, ale gdy kariery zaczynają się wreszcie układać, coraz mniej jest czasu i sił dla siebie nawzajem. Czy uda im się ocalić uczucie, nie rezygnując z marzeń?”

(filmweb)

Uwielbiam Ryana Goslinga i Emmę Stonę, a już razem tworzą idealną parę. Myśląc o nich od razu przed oczami pojawia mi się scena z „Kocha, lubi, szanuje”, kiedy bohaterka grana przez Emmę wchodzi przemoczona do baru i zdecydowanym krokiem zmierza ku Goslingowi, namiętnie go całując. Jeśli nie widzieliście tego filmu, koniecznie obejrzyjcie!

Wyobraźnie sobie więc moją radość na wieść o wchodzącym do kin „La La Land”. Mimo że za musicalami nie przepadam (chociaż uwielbiam Mamma mia i Chicago), byłam pewna, że ten mi się spodoba. Nie sądziłam jednak, że wyjdę z kina przepełniona tyloma emocjami i do tego kompletnie rozbita i rozryczana. Nastawiałam się raczej na lekki film o amerykańskim śnie i parze pięknych, młodych ludzi, którzy dążą do spełnienia marzeń, ale w międzyczasie zakochują się w sobie i będą żyli długo i szczęśliwie. A tu zonk.

Niby musical, ale śpiewania nie ma tu dużo. I całe szczęście. Najgorsze w musicalach jest dla mnie to, że bohaterowie niekiedy śpiewają przez cały film, nie mówiąc normalnie ani jednego słowa. Niestety z tego powodu byłam strasznie rozczarowana „Nędznikami” z 2012 r. Za to dobrej muzyki jest w sam raz! Sceny, kiedy Gosling gra na pianinie/fortepianie – miód na moje uszy, serce i oczy <3. Bardzo podoba mi się, że w filmie pojawia się jazz, a to za sprawą biografii Billie Holiday, którą ostatnio przeczytałam (recenzja >>TU<<).

Co do samej fabuły: historia Mii i Sebastiana, choć zapowiadała się na typowy amerykański romans, okazała się byś zaskakująca i… życiowa. I to podoba mi się najbardziej. Mia chodzi na tysiące przesłuchań, ale nikt nie docenia jej talentu aktorskiego. Sebastian kocha jazz ponad wszystko i marzy o własnej knajpie, ale… No właśnie, czy marzenia to wszystko, kiedy dopada nas rzeczywistość i przymus zarabiania na życie? Ci dwoje mają swoje wzloty i upadki, chwile, kiedy wierzą, że uda im się spełnić marzenia, by zaraz później w to zwątpić. Opisując fabułę na tym poprzestanę, ponieważ jeśli napiszę coś jeszcze, zdradzę Wam zakończenie. A te trzeba poznać samemu. Mnie wbiło w fotel.

„La La Land” to cudowny film i na pewno obejrzę go jeszcze nie raz. Dla Stone i Goslinga, dla historii Mii i Sebastiana, ale przede wszystkim dla cudownej muzyki. Wam musical bardzo polecam, a za sam film trzymam kciuki, aby dostał jak najwięcej spośród tych 14 statuetek Oscara, do których jest nominowany.

Share:

Marth

Marth. Studentka bibliotekoznawstwa ze ścieżką edytorską, zakochana w książkach po uszy. Na dodatek kociara. Ten blog to miejsce, w którym może dzielić się swoją pasją.

  • Marta Gorczowska

    Na twojego bloga trafiłam przypadkiem, ale po przeczytaniu kilku postów stwierdzam, że zostanę tu na dłużej, bo o książkach i (jak się okazuje) filmach myślę to samo co Ty 😀. Nie lubię musicali, a od kiedy poszłam na La la land, śpiewam cały czas „City of stars” ❤. Muszę go zobaczyć po raz drugi. A Oscary wygra na pewno!

    • Marta Korytkowska

      Aaa, miód na moje serce <3 Mam nadzieję, że zostaniesz jak najdłużej 🙂