“Simon Watson, młody bibliotekarz (…)” – jako studentka bibliotekoznawstwa, po tym zdaniu wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę. Reszta opisu również intryguje, ale powieść Eriki Swyler mogłabym kupić dla samej okładki. Czyż nie jest piękna? Jednak to treść jest najważniejsza. Jak Swyler wypadła w swoim literackim debiucie?

Tym razem nie będę Wam opisywać tej historii własnymi słowami, gdyż opis okładkowy jest już wystarczający. Rozpoczynając lekturę tej książki, byłam pełna zapału – nastawiłam się na świetną historię, która mnie porwie. Księgę wieszczb zaczęłam czytać po skończeniu genialnego Shantaram i to był chyba błąd. Shantaram wysoko postawił poprzeczkę przez co książka Eriki Swyler wypadła dużo bladziej. Sama historia jest całkiem intrygująca, a próby zrozumienia przez Simona losu “syren” z jego rodziny budują napięcie w powieści. Dodatkowo przeplata się ona z opowieścią o pewnym “dzikim chłopcu” żyjącym pod koniec XVIII wieku, który został przygarnięty do trupy cyrkowej. Całość, losy Amosa (dzikiego chłopca) i historia Simona, łączą się powoli w całość. Jednak ta całość wydaje mi się zbyt ponura. Myślę jednak, że gdyby przyszło mi czytać tę powieść innym razem, moja ocena mogłaby być lepsza.

Czytając Księgę wieszczb przez długi czas miałam deja vu – czułam, że już kiedyś czytałam tę historię. Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego i było to dosyć dziwne uczucie. Jak już wspominałam, powieść Swyler to dwie historie łączące się w całość. Bardziej przypadła mi do gustu ta o “dzikim chłopcu”, może dlatego, że upartość Simona i postać jego siostry – Enoli – działały mi mocno na nerwy. Trochę mi przykro, że książka nie spodobała mi się aż tak bardzo, jak na to liczyłam. No cóż, tak bywa. Mimo wszystko warto ją przeczytać, bo to całkiem ciekawa opowieść.

 

Werdykt: TO READ