Ostatnio odnoszę wrażenie, że Hollywood coraz częściej sięga po gotowe, książkowe historie. Czasem trzymają się oryginału, najczęściej jednak zmieniają nieco daną opowieść, aby była bardziej dramatyczna/zaskakująca/budząca skrajne emocje. Czy takie adaptacje filmowe działają na szkodę czytelnictwa czy jednak przyczyniają się do jego wzrostu?

Na początku roku przeczytałam cudowne «Światło między oceanami» M.L.Stedman. Początkowo nie planowałam oglądać ekranizacji, ale po lekturze powieści australijskiej pisarki byłam ciekawa, jak zostanie przedstawiona ta historia na dużym ekranie. Hollywood różnie radzi sobie z adaptacjami: czasem wycinają rzekomo drugoplanowe wątki, które jednak są istotne dla pełnego zrozumienia fabuły i zachowania bohaterów (np. «Zanim się pojawiłeś» i brak wzmianki o wydarzeniu, które miało ogromny wpływ na dorosłe życie Lou), innym razem niepotrzebnie rozwlekają jedną powieść na kilka filmów («Hobbit»). Najczęściej jednak tak manipulują daną historią, aby jak najbardziej grała ona na emocjach widza. Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy po obejrzeniu ekranizacji powieści Stedman stwierdziłam, że scenarzyści bardzo mocno trzymali się książki, dzięki czemu film pokazuje dokładnie taką historię, jaką stworzyła pisarka. Zaraz potem przyszła refleksja: ilu widzów sięgnie po książkę? Czy oglądanie filmowych adaptacji książek nie jest pójściem na łatwiznę? W końcu seans trwa ok. 2 godzin, a przeczytanie powieści zajmie nam nieco więcej czasu.

Druga sprawa: czy adaptacje nie odbierają nam własnej wizji danej historii? Harrego Pottera najpierw poznałam poprzez ekranizacje, a dopiero teraz sięgam po książki. Jestem oczarowana z każdym tomem coraz bardziej, ale czy nie zniszczyłam sobie w pewien sposób lektury zapoznając się wcześniej z ekranizacjami? Mając już w głowie wizję filmowego Hogwartu, ciężko mi inaczej sobie wyobrazić świat magii. Mój M., który czytał najpierw książki Rowling, a dopiero później oglądał filmy, stwierdził, że zupełnie inaczej wyobrażał sobie ten świat i filmowa wersja szkoły czarodziejów i wszystko z nią związane jest dużo uboższa niż obraz, jaki podpowiadała mu wyobraźnia podczas czytania.

Czemu więc tak bardzo ciekawi jesteśmy tych ekranizacji filmowych? Czemu tak bardzo na nie czekamy? Jeśli znam już wersję książkową danego tytułu, rzadko kiedy ekranizacja spełnia moje wymagania i najczęściej jestem nią rozczarowana. A mimo to wiem, że i tak będę ciekawa kolejnych adaptacji. Tak miałam m.in. z książkami Jane Austen – po każdym tytule wyszukiwałam jego adaptację filmową ciekawa, jak dana historia dostanie pokazana. Tylko dwa filmy spełniły moje oczekiwania («Duma i uprzedzenie» i «Opactwo Northanger»)

Wracając więc do pytania tytułowego: książka czy film? Uważam, że jeśli już wybieramy się na daną adaptację, najpierw powinniśmy zapoznać się z oryginałem. I mam nadzieję, że ekranizacje powieści przyczyniają się do wzrostu poziomu czytelnictwa a nie do spadku.

Jestem ciekawa Waszego zdania na ten temat. Wyszedł mi nieco chaotyczny wpis, ale w trakcie pisania, na myśl zaczęły mi się nasuwać kolejne pytania. Jak wy podchodzicie do ekranizacji książek? Lubicie, a może unikacie? Koniecznie podzielcie się swoją opinią.