Ten rok w moim przypadku nie jest zbyt łaskawy dla kryminałów. Nie wiem czemu, ale zupełnie mi z nimi nie po drodze, a przecież dotąd lubiłam sięgać po nie od czasu do czasu. Aż wreszcie przyszedł wrzesień i pewna akcja, która wyrwała mnie z tej swoistej stagnacji.

Wrzesień za sprawą akcji zorganizowanej przez Paulę z bloga Rude recenzuje stał kryminałem i thrillerem. Jako że Paula dostatecznie wcześnie ogłosiła swoje plany, a ja nie zdążyłam jeszcze ustalić własnego tematu na dany miesiąc, pomyślałam, że wezmę udział w tej akcji, przełamię swoją niechęć i przy okazji wyczytam kilka leżaków regałowych. Sam kryminalny wrzesień określę jednym słowem: REWELACJA!, a teraz skupię się na celu tego tekstu, czyli książce Stuarta Turtona.

Jak «Siedem śmierci Evelyn Hardcastle» trafiło do mojej biblioteczki

«Siedem śmierci Evelyn Hardcastle» można spotkać w dwóch różnych wydaniach. Najpierw wyszła oprawa twarda z przepiękną okładką, a miesiąc czy dwa później – oprawa miękka, też ciesząca oko, ale zdecydowanie mniej, gdy porówna się ją z tą drugą. W moje ręce zrządzeniem losu wpadła oprawa miękka. Mimo współpracy z Wydawnictwem Albatros, nie zdecydowałam się na egzemplarz recenzencki powieści Turtona (moja niechęć do kryminałów), ale później trafiłam na nią na Warszawskich Targach Książki i wymianie organizowanej przez portal Lubimy czytać (świetna sprawa, polecam!). Tym razem stwierdziłam, że musi wrócić ze mną, a przeczytam ją kiedyś, kiedy spojrzę na kryminały łaskawszym okiem, bez ciśnienia na jak najszybszą lekturę. I tak czekała sobie od maja. Poczekałaby jeszcze dłużej, gdyby właśnie nie kryminalny wrzesień.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle - Stuart Turton

Agatha Christie triumfalnie wkroczyła w XXI wiek

Widziałam sporo zachwytów nad powieścią Turtona, ale też opinii, że to niełatwa książka. Mnie do lektury najbardziej przekonała wzmianka o Agacie Christie i odniesienie do klimatów retro, które bardzo lubię, bo są zdecydowanie delikatniejsze niż dzisiejsze kryminały, z których krew dosłownie się wylewa. Widziałam też opinie, że to bardzo specyficzna książka i m.in. w tym tkwi jej fenomen: “O jedenastej wieczorem Evelyn Hardcastle zostanie zamordowana. Masz osiem dni i osiem wcieleń. Pozwolimy ci odejść, pod warunkiem, że odkryjesz, kto jest mordercą.” Przyznajcie sami, ten opis jest bardzo zachęcający. Mnie jak najbardziej przekonuje do sięgnięcia. A gdy wrzuciłam na Instagrama zdjęcie z tą książką, okazało się, że wiele osób nie było w stanie jej dokończyć i te zachwyty wcale nie są tak powszechne, jak mi się zdawało.

Tak pokręconej książki jeszcze nie czytałam

«Siedem śmierci Evelyn Hardcastle» to jedna z najbardziej pokręconych powieści, z jakimi miałam do czynienia. Jest tu tyle szczegółów, tyle elementów, które trzeba kojarzyć przy późniejszych wydarzeniach, że bardzo łatwo się pogubić. Początek nie był zbyt łatwy, ciężko było mi się wgryźć w tę powieść, bo i sam bohater jest zdezorientowany i nie wie, kim jest, gdzie się znajduje i co mu się przydarzyło. Z biegiem stron robi się coraz bardziej ciekawie i wciągająco, ale w pewnym momencie dochodzimy do etapu, gdy ta mnogość intryg, niewiadomych, poszlak, szczegółów staje się po prostu nudna i ma się ochotę jak najszybciej dotrzeć do końca książki. Warto jednak odrobinę się przemęczyć, bo zostajemy nagrodzeni wyjaśnieniem, na które w życiu byśmy nie wpadli. Na Instagramie dziewczyny pisały, że najlepiej powieść Turtona czytać ciągiem, bez dłuższych przerw, wtedy łatwiej w nią wejść i we wszystkim się połapać. Dobrze jest też czytać ją w spokoju i skupieniu. Ja czytałam ją głównie w drodze do i z pracy, a także wieczorami w domu przy włączonym telewizorze (nie pytajcie) i nie miałam problemu z przyswajaniem szczegółów. A co do wciągnięcia się, u mnie nie było o tym mowy, bo po iluś tam stronach zawsze w końcu odczuwałam znużenie i potrzebowałam przerwy.

Siedem śmierci Evelyn Hardcastle - Stuart Turton

Podsumowując

Jestem pod ogromnym wrażeniem umysłu Turtona i tego, jak to wszystko poukładał i że sam się nie pogubił w fabule. Zawsze, kiedy czytam tak skomplikowane książki, nie potrafię wyjść z podziwu, że są ludzie, którzy wpadli na podobny pomysł, spisali go i sami się w nim połapali. Ja bym w życiu takiej powieści nie była w stanie napisać, za to więc dodatkowa gwiazdka w ocenie. Sama powieść jest niezła, robi wrażenie, ale nie nazwę jej najlepszym kryminałem, jaki czytałam, bo zbyt często mnie nużyła i dłużyła mi się. 

PS. Wydanie «Siedem śmierci Evelyn Hardcastle» i «Siedmiu mężów Evelyn Hugo» w odstępie kilku miesięcy sprawiło, że muszę się zawsze bardzo skupiać, aby nie pomylić nazwiska w przypadku obu Evelyn 😀

Werdykt: TO READ