Po literaturę obyczajową sięgam naprawdę rzadko, ale jeśli już, to najczęściej robię wyjątki dla brytyjskich autorek. Nie wiem czemu, ale komedie romantyczne w brytyjskim wydaniu czyta mi się najlepiej.

O Jojo Moyes chyba nie muszę już pisać, ale nie wiem, czy znacie Beth O’Leary, autorkę wspaniałych «Współlokatorów», których ogromnie wam polecam. W maju wydawnictwo Albatros, w ramach promowania kolejnej brytyjskich powieści obyczajowej wydanej pod ich skrzydłami, stworzyło serię „mała czarna”, wypuszczając jednocześnie wspomnianych wyżej «Współlokatorów» w nieco odświeżonej szacie graficznej i nowym formacie nadającym serii początek. Drugą powieścią, która niejako dała „małej czarnej” początek, jest «Lista, która zmieniła moje życie» Olivii Beirne. I bardzo się cieszę, że to nie od tej książki zaczęłam przygodę z serią.

Czy ta dziewczyna musi być aż tak irytująca?

Kiedy w internecie pojawiały się kolejne pozytywne opinie na temat tej książki, a ja byłam właśnie w trakcie lektury, zaczęłam się zastanawiać, co jest ze mną nie tak. Od samego początku Georgia, główna bohaterka powieści, niesamowicie działała mi na nerwy. Mam problem z kobiecymi postaciami, które są jawnie głupiutkie, wynajdują sobie jakieś dziwne problemy i wyobrażają niestworzone rzeczy, które sprawiają, że zaczynam się zastanawiać, co jest z nimi nie tak. Bardzo chciałam, aby ta książka podobała mi się dużo bardziej, liczyłam na zachwyt choć odrobinę podobny do tego, który towarzyszył mi przy «Współlokatorach», ale niestety musiałam na niego trochę poczekać.

Lista, która zmieniła moje życie - Olivia Beirne

Daj też książce szansę, nie poddawaj się!

Nie lubię nie kończyć książek i bardzo rzadko to robię. W przypadku «Listy, która zmieniła moje życie», przez wiele stron biłam się z myślami, czy darować sobie lekturę, czy jednak dać jej jeszcze szansę i przeczytać kolejny rozdział, może z czasem będzie lepiej. I dopiero w połowie książki poczułam, że coś zaczyna się zmieniać w moim myśleniu, zmieniać na jej korzyść; że dobrze zrobiłam dając szansę Georgii i czekając na moment, kiedy przestanie mnie irytować. W drugiej połowie powieści wreszcie poczułam prawdziwą przyjemność z lektury, zaczęłam inaczej patrzeć na problem, który jest w książce poruszony, inaczej spojrzałam też na samą Georgię. Mam wrażenie, że wiele autorek literatury obyczajowej lubi robić ze swoich postaci głupiutkie trzpiotki i że to jest jakoś powiązane z komediami romantycznymi czy romansami, a dla mnie rzadko kiedy takie postaci są dobrze napisane. Może powinnam się do tego przyzwyczaić?

A co z tytułową listą?

Wątek listy rzeczy do zrobienia przed jakimś tam czasem jest dosyć oklepany i w powieści Beirne też nie został jakoś oryginalnie przedstawiony. Trzeba jednak przyznać, że takie listy to ciekawa sprawa, więc i tutaj przyjemnie obserwować, jak główna bohaterka wykreśla kolejne punkty i jak mierzy się z własnymi granicami. Lista powiązana jest też z częścią romansową powieści, która nie jest jakoś porywająca, ale momentami można nazwać ją całkiem uroczą. Nie wiem, jak oceniłabym tę powieść, gdybym nie znała «Współlokatorów», którzy wysoko podnieśli poprzeczkę. Być może bardziej by mi się podobała i nie byłabym taka surowa?

Podsumowując

Debiutancka powieść Olivii Beirne nie jest najlepszą komedią romantyczną, jaką czytałam i wiele rzeczy w tej książce mnie irytowało, ale jednocześnie mam wrażenie, że jestem dla niej zbyt surowa, bo mimo wszystko naprawdę przyjemnie spędziłam przy niej czas. Myślę, że to dobra książka na jakiś urlop, wakacyjny wyjazd i tą myślą kończę ten wpis.

Werdykt: TO READ

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Albatros