Po tym, jak ciągle nie udawało mi się załapać na maratony czytelnicze organizowane w internecie przez innych, postanowiłam urządzić swój własny „dzień z książkami”. Nie były to pełne 24 godziny (nie zamierzałam budzić się specjalnie po północy i czuć się potem jak zombie), ale od momentu pobudki aż do nocy i skończenia ostatniej zaczętej książki. Jak mi poszło?

Zacznijmy od podstawowego pytania: po co mi to? Głównym motywatorem była chęć sprawdzenia się. Lubię czytać, ale czy będę w stanie robić to cały dzień? Czy uda mi się utrzymać koncentrację i nie znudzę się zbyt szybko? Byłam też ciekawa, ile książek/stron uda mi się przeczytać. Nie spinałam się jakoś specjalnie, chciałam, aby ten maraton nie był wyścigiem, nie przerodził się w przymus i w efekcie smutne czytanie. Czytałam w normalnym tempie, bez naciskania na siebie (a wierzcie mi, że przy moim charakterze nie było to wcale łatwe).

Plany były wielkie. Chciałam ukończyć przynajmniej jednego grubaska, którego czytam już ponad 2 miesiące i zabrać się za przynajmniej dwie książki z niekończącego się stosu egzemplarzy recenzenckich. Jednak pierwszy tytuł, po który sięgnęłam, szybko ostudził mój zapał. Najzwyczajniej nie umiem czytać tak szybko, jak bym tego chciała. Ale wcale nie wyszło mi to na złe. Zamiast skupiać się na recenzenckich, postanowiłam sięgnąć po cieńsze tytuły, za to z moich prywatnych zbiorów. Wynik? Udało mi się przeczytać 3 książki o łącznej liczbie 532 strony.


1. „Latawiec z betonu” Monika Milewska

Wydawnictwo WAM


Zaczęłam od egzemplarza recenzenckiego, do tego przedpremierowego (premiera «Latawca» 4 kwietnia). Monika Milewska zabiera nas w podróż w czasie do słynnego gdańskiego falowca. Główny bohater, Inżynier będący jednocześnie głównym projektantem najdłuższego bloku w Polsce, wędruje przez galerię na dziesiątym piętrze i przez kolejne klatki schodowe. Odwiedza różne mieszkania i poznaje ich mieszkańców. Każda klatka to inny rok, począwszy od 1975 aż do współczesności. «Latawiec z betonu» okazał się być bardzo interesującą i oryginalną lekturą. Podoba mi się pomysł na wędrówkę w czasie i historii komunistycznej Polski oraz wykorzystanie do tego jednego z najsławniejszych reliktów socjalizmu w naszym kraju. Do tego sam styl, w jakim opowiedziana jest ta historia, jest naprawdę dobry, dzięki czemu powieść czyta się z wielką przyjemnością. Zaciekawiło mnie też to, jak autorka ustami swoich bohaterów próbuje odpowiedzieć na pytanie, czy istnienie falowca ma sens. Koniecznie zwróćcie uwagę na ten tytuł, bo zdecydowanie na to zasługuje.


2. „Quidditch przez wieki” J.K. Rowling

Wydawnictwo Media Rodzina


Trzy podręczniki Hogwartu to cieniutkie książki, ale zawsze coś stoi mi na przeszkodzie, żeby sięgnąć po któryś z nich. Postanowiłam wykorzystać okazję i wybrałam «Quidditch przez wieki» jako lekturę do mojego maratonu. W przypadku tej książki chyba nie ma co za bardzo się rozpisywać. Pięknie wydana, w środku znajdziecie dużo grafik i jeszcze więcej ciekawych informacji o tej wyjątkowej grze. Jest tu też polski akcent, za co pokłony dla Rowling 🙂


3. „Niedziela, która zdarzyła się w środę” Mariusz Szczygieł

Wydawnictwo Czarne


Kolejna książka z moich prywatnych zbiorów, która długi czas czekała na swoją kolej. Mimo że jest dosyć cienka (172 strony), ciągle przekładałam jej przeczytanie na „później”. Kiedy moje plany co do lektur na maraton nieco się zmieniły, stwierdziłam, że to idealny czas, aby zabrać się za ten zbiór reportaży Szczygła, ówcześnie dziennikarza Gazety Wyborczej. Mój egzemplarz książki to trzecie wydanie, a same reportaże dotyczą Polski świeżo po komunizmie. Jak demokracja wpłynęła na życie obywateli? Co zmieniło się na lepsze, a co na gorsze? Teksty Szczygła nie szokują tak, jak np. Kopińskiej, która pokazuje polską rzeczywistość z niezbyt ładnych barwach. Jest tu trochę biedy i rozpaczy, ale są też pozytywne historie. Zdecydowanie warto sięgnąć po ten tytuł.

Podsumujmy: udało mi się przeczytać 3 książki, z czego 2 pochodzą z mojej biblioteczki i spędziły w niej sporo czasu, zanim przyszła na nie kolej. To zdecydowanie najbardziej pozytywny aspekt tego czytelniczego eksperymentu. Jeden dzień pozwolił mi rozprawić się z dwoma leżakami regałowymi, moimi wyrzutami sumienia. I właśnie ten aspekt sprawia, że już wiem, że za jakiś czas na pewno powtórzę tę akcję, a sam maraton ponownie będzie nastawiony na książki z moich prywatnych zbiorów. To świetny sposób na to, aby wreszcie przeczytać tytuły, które ciągle odkładałam na później, bo ważniejsze dla mnie było wywiązanie się ze zobowiązań recenzenckich.

Co myślicie o takim całodziennym czytaniu? Potrafilibyście spędzić tyle czasu z książką? A może braliście już kiedyś udział w jakimś czytelniczym maratonie? Dajcie znać, bo jestem bardzo ciekawa waszym wrażeń i opinii.