Mimo że filmy katastroficzne i myślenie o końcu świata doprowadzają mnie do ataków paniki, dystopie (tak na przekór) wprost uwielbiam. Kiedy przeczytałam pierwszą, zaskoczyło mnie, jak bardzo nie mogłam się od niej oderwać.

Od razu jednak zaznaczę, że kiedy piszę dystopie, mam na myśli te bliżej literatury pięknej niż czystego, wyraźnego science fiction. Te, których scenariusze pisane przez autorów są przerażająco blisko spełnienia. I jak tu zrozumieć kobietę, kiedy kilka linijek wyżej napisałam, że tematyka katastroficzna wywołuje u mnie ataki paniki?

Moja miłość do dystopii zaczęła się tak

Moje oczarowanie dystopiami zaczęło się od «Wieku cudów». Karen Thompson Walker kreuje wizję Ziemi, która zaczyna obracać się coraz wolniej, przez co dni i noce coraz bardziej się wydłużają. Później sięgnęłam m.in. po klasyki takie jak «Historia pszczół» Mai Lunde czy «Opowieść podręcznej» Margaret Atwood. Nie mogłabym więc nie zainteresować się «Jednostką» Ninni Holmqvist, w której bezdzietni single po pięćdziesiątce i sześćdziesiątce stają się zbędni dla społeczeństwa, wymyślono więc, jak sprawić, aby jeszcze przez kilka lat mogli się przyczynić jego dobrobytowi. To pomysł zdecydowanie przerażający.

Jednostka - Ninni Holmqvist

Czy bezdzietni single po pięćdziesiątce są komukolwiek potrzebni?

Kiedy stajesz się bezużyteczny dla społeczeństwa, bo nie przyczyniłeś się do tworzenia kolejnego pokolenia, nie osiągnąłeś też nic wybitnego w życiu, w Szwecji mają na to radę. Trafiasz do specjalnego ośrodka, gdzie staniesz się użyteczny w inny sposób: będą przeprowadzali na tobie badania naukowe testując np. nowe leki na depresję, będziesz brać udział w doświadczeniach np. na temat wytrzymałości ludzkiego ciała podczas długotrwałego wysiłku fizycznego, a wreszcie staniesz się dawcą organów, od tych, bez których możesz żyć, aż przyjdzie czas na donację końcową. Brzmi sprawiedliwie, prawda?

To by mogło się spełnić przy dobrych wiatrach

W dystopiach uwielbiam to, że często mają one realne szanse na spełnienie i wizja Holmqvist, przy dobrych wiatrach i odpowiednich ludziach u władzy wydaje się bardziej możliwa do zrealizowania, niż chcielibyśmy w to uwierzyć. Po co czekać na przypadkową śmierć podczas wypadku i możliwość pobrania kilku nadających się do transplantacji organów, kiedy możemy to kontrolować w pełni świadomie. Pod tym względem historia wykreowana przez szwedzką pisarkę jest naprawdę świetna. Życie w takim ośrodku poznajemy dzięki Dorrit, która właśnie do niego trafiła i chociaż początkowo nie potrafi się odnaleźć, z czasem nawiązuje przyjaźnie i zaczyna korzystać z luksusów oferowanych w Jednostce.

Jednostka - Ninni Holmqvist

Czegoś mi brak, ale nie jest źle

Sama fabuła poprowadzona jest bardzo ciekawie, chociaż chwilami może wydawać się zbyt monotonna. Jednak ta monotonność jest jednym z elementów, które mogą przerażać, bo chociaż bohaterowie książki wiedzą, co ich czeka, czemu znaleźli się w ośrodku, starają się żyć jak zwykle, nawet jeśli w wyniku testowania leków kobietam zaczynają rosnąć brody, a mężczyźni tracą pamięć. Brak tu większych zwrotów akcji (ok, jest ich może 3 czy 4) i wielkiego napięcia, przez które gryziesz palce ze zdenerwowania, to raczej spokojna powieść i sama nie wiem, czy brać to trochę za minus, czy jednak za plus. Momentami jednak mnie to drażniło, ale patrząc na całokształt czuję, że ten w miarę spokojny klimat pasuje do losów Dorrit.

Podsumowując

Powieść Ninni Holmqvist to bardzo dobry debiut i ciekawa dystopia. Pomysł autorki na bezużytecznych singli szokuje, ale daje też do myślenia, do czego można doprowadzić, jeśli do władzy dobiorą się nieodpowiedni ludzie. Jeśli lubicie podobne klimaty, zdecydowanie polecam sięgnąć po ten tytuł, bo chociaż nie porwał mnie tak, jak choćby «Wiek cudów» czy «Opowieść podręcznej», zrobił na mnie spore wrażenie.

Werdykt: TO READ

*za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Editio