Wszędzie ci mówią: wyjdź ze swojej strefy komfortu, korzystaj z życia ile się da, podróżuj, bo tylko podróże są coś warte, musisz zjeść w tych wszystkich modnych restauracjach, odwiedzić wszystkie modne miejsca, musisz czerpać z życia pełnymi garściami! A ja wolę siedzieć w domu. Czy mam się z tego powodu źle czuć?

Czas studiów to okres, który kojarzy się nie tylko z nauką, ze zdobywaniem wiedzy, która ma nam pomóc w znalezieniu wymarzonej pracy. Często się słyszy, że studia to: imprezy do białego rana, wolność, jakiej już nigdy nie zaznasz, masa nowych ludzi w twoim życiu, nowe doświadczenia. Nie wiem, jak was, ale mnie to trochę przeraża, z dwóch powodów.

Jestem introwertyczką i jakoś nigdy nie zastanawiałam się za bardzo co to właściwie oznacza. Chyba bardziej skłaniałam się ku temu, że jestem leniwa i stąd moje umiłowanie samotności i spędzania piątkowych wieczorów w swoim łóżku, z dzbankiem herbaty na stoliku nocnym i książką w rękach. Bo przecież, gdyby bardziej mi się chciało, to częściej spotykałabym się ze znajomymi, wychodziła na jakieś imprezy, korzystała z życia. A ja po prostu jestem leniwa, z czym nie było mi zbyt dobrze, ale cóż. Dopiero niedawno zaakceptowałam swój charakter, swój introwertyzm i zrozumiałam, że z jego powodu wcale nie jestem gorsza. Ale nie zawsze tak było.

Mam takie momenty, kiedy jest mi przeraźliwie smutno, że nie mam wielkiej paczki znajomych, że nie mam z kim grać w planszówki, bo przecież to teraz takie modne. Że nie wyjeżdżam z przyjaciółkami na tygodniowe wczasy na jakieś egzotyczne wyspy. Że nie wyprawiam swoich urodzin, bo właściwie kogo miałabym na nie zaprosić? Że nie potrafię być spontaniczna i w 5 minut ogarnąć się, aby wybrać się na jakiś koncert, bo facet przyjaciółki się rozchorował i ma dodatkowy bilet. W takich chwilach czuję się gorsza, brzydsza, niekochana i mega mega zazdrosna. Dlaczego inni mogą, potrafią, mają, a ja nie? Czemu muszę być introwertyczką i walczyć ze sobą, żeby gdzieś pójść, gdzieś pojechać? To moje marzenie o byciu ekstrawertykiem doprowadza mnie niekiedy do rozpaczy.

Kiedy cały świat ci mówi, żeby korzystać z życia, podróżować, zbierać nowe doświadczenia, a dla ciebie idealny wieczór to wieczór w domu, z najbliższymi i książką, ciężko nie czuć się gorszym. Myślisz sobie: co jest ze mną nie tak? Czemu muszę być taką leniwą bułą, która nic z tego życia nie czerpie? Instagram jest takim miejscem, które może doprowadzić cię do rozpaczy, zazdrości, szalonego konsumpcjonizmu i wielkich kompleksów, ale jednocześnie może dać ci wiele dobrego, jeśli umiesz z niego korzystać w odpowiedni sposób. Ja, dzięki tej aplikacji, odkryłam, że nie jestem sama w swoim lenistwie, że jest dużo więcej osób podobnych do mnie, dla których idealny wieczór to wcale nie impreza czy spotkanie ze znajomymi, ale czas spędzony w domowym zaciszu. Zrozumiałam w końcu, że może wcale nie jestem leniwa, a po prostu to mój charakter. I że to, że wolę spędzić czas w domu, niż wśród ludzi, wcale nie oznacza, że jestem gorsza.

Syrena i pani Hancock - Imogen Hermes Gowar

Wciąż zdarzają się momenty, kiedy nie cierpię tego swojego introwertyzmu, kiedy chciałabym się zmienić i bardziej lubić ludzi. Ale potem rozsiadam się wygodnie w łóżku, otwieram książkę i okazuje się, że właśnie to daje mi szczęście. Właśnie ten moment, ten spokój, to znajome miejsce.

Drodzy książkoholicy, a jak jest z wami? Czy czytanie książek jest jakoś skorelowane z byciem introwertykiem, jak myślicie? Czy mam wśród czytelników bloga jakichś ekstrawertyków? Jeśli tak, koniecznie się pokażcie.