Kiedy przeczytałam opis fabuły tej książki, byłam przekonana, że to będzie fantastyczna powieść, może jedna z najlepszych tego roku. Do tego postać, jak sugeruje opis, głównej bohaterki – Keiko – skojarzył mi się z «Wyznaniami Gejszy», co jeszcze spotęgowało moje zainteresowanie.

Swego czasu na początku każdej recenzji przytaczałam okładkowy opis książki, później z tego zrezygnowałam na rzecz krótkiej zapowiedzi napisanej własnymi słowami. Tym razem znów chciałabym posłużyć się gotowcem, abyście dobrze zrozumieli dalszą część wpisu.

Bruno Labastide, samotny Francuz, uwodzicielski bon vivant, żyjący z oszukiwania kobiet, nigdy nikogo naprawdę nie kochał. Okrążył świat, utrzymująć się dzięki własnej zaradności i urokowi osobistemu. Jest już w sile wieku i zaczyna odczuwać swoją samotność. Dni mijają mu w najpiękniejszym i najsmutniejszym miejscu na świecie: w Wenecji. To właśnie tam dusza Brunona zmienia się na zawsze, gdy pewnego dnia spotyka Keiko, młodą i piękną Japonkę. Kobieta spędza każdą noc z innym mężczyzną, tym, który zdoła poruszyć ją do głębi za sprawą własnego wiersza bądź opowieści. Jednak Bruno Labastide, niezwykły bajarz i oszust o rozbrajającym kobiety uśmiechu, nie jest w stanie uzyskać wstępu do tego raju, bo gdy zbliża się do japońskiej piękności, kończą mu się pomysły.

Przyznajcie sami, że opis brzmi bardzo ciekawie i zapowiada interesującą historię. Muszę więc zadać jedno, niezwykle ważne pytanie: kto jest odpowiedzialny za ten tekst i czemu tak perfidnie oszukuje czytelników? Pełna nadziei na fascynującą, może nawet magiczną, powieść, zabrałam się do lektury i już na samym początku spotkałam się ze ścianą. Ale nic to, pomyślałam, może to tylko taki początek, dalej będzie lepiej. Pewnie zastanawiacie się, o co mi chodzi. Ten opis, który możemy przeczytać na tylnej okładce, nie odnosi się do całej powieści, a jedynie do ostatniej historii. «Przemytnik słów» okazał się zbiorem różnych opowieści i, mimo że Bruno Labastide pojawia się w kilku z nich, książka wcale nie dotyczy jego relacji z Keiko. Nie dotyczy nawet jego samego, bo pojawia się jedynie w kilku ‘rozdziałach’. Cóż za zawód!

Liczyłam na piękną, subtelną opowieść o miłości, o magii słów, o poszukiwaniu szczęścia; historii z happy endem, która zaczaruje mnie pięknym językiem, ciekawymi bohaterami, scenerią. Tego właśnie spodziewałam się, czytając rzekome streszczenie fabuły. Dostałam za to kilka historii, każda w jakiś sposób powiązana jest z poprzednią. I w sumie muszę przyznać, że autor stworzył bardzo ciekawe ‘baśnie’, bo właśnie w takim stylu są opowiadane losy różnych bohaterów, ale… To nie tak miało być! Nastawienie do danej książki odgrywa bardzo istotną rolę w późniejszym odbiorze treści i tutaj niestety coś poszło bardzo nie tak. Na tyle, że mimo ciekawych historii, mimo pięknego języka nie potrafiłam czerpać przyjemności z lektury. Miałam zupełnie inne oczekiwania i czytając «Przemytnika słów» cały czas czekałam, aż autor rozpocznie wreszcie tę magiczną opowieść zapowiadaną na okładce.

Jeśli więc planujecie lekturę powieści Natalio Grueso, nie popełniajcie mojego błędu. Na nic się nie nastawiajcie, nie sugerujcie się streszczeniem fabuły. Jestem pewna, że wtedy będziecie w stanie czerpać z lektury dużo większą przyjemność, niż ja. Gdybym mogła, bardzo chętnie wymazałabym tę książkę z głowy i przeczytała ją jeszcze raz, na świeżo i bez oczekiwań. Jestem pewna, że wtedy sprawiłaby mi dużo większą przyjemność.

Recenzję pozostawiam bez werdyktu.

Premiera 21 marca

*za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Muza

Post Scriptum

Im dłużej myślę o tej książce, tym coraz bardziej mam wrażenie, że moje nastawienie sprawiło, że nie tylko nie byłam w stanie czerpać przyjemności z lektury, ale także przez to nie zrozumiałam zamysłu autora. Chyba nigdy, po żadnej lekturze, nie było mi tak przykro, jak teraz.