Uwielbiam Wiśniewskiego i to, w jaki sposób pisze o miłości. Jego historie często pokazują brutalność życia a bohaterowie nie są idealni, jednak kiedy opisuje miłość, człowiek ma ochotę zakochać się tak, jak zakochują się postaci z jego książek.

W „Grandzie” nie mamy jednej historii. Powieść to zbiór 6  opowieści, każda przedstawiająca inny rodzaj „miłości”. Wszystkie łączy sopocki Hotel Grand, gdzie losy niektórych bohaterów wzajemnie się przecinają. Mamy Justynę – warszawską dziennikarkę, która porzucona na plaży przez swojego mężczyznę poznaje bezdomnego Mariana Lichotę. Postanawia zmienić jego życie i zabiera go ze sobą do Grandu. Mamy Lubow – młodą, świetnie wykształconą Rosjankę, która w Grandzie pracuje jako pokojówka. Dzięki temu może mieszkać w Polsce i poznać ojczyznę swojego ojca. W hotelu poznaje również mężczyznę, który zawładnie jej sercem.  Mamy Maksymiliana von Drewnitza – niemieckiego pastora ewangelickiego, który przyjechał do Sopotu, aby poznać historię swojego dziadka, esesmana ze Stutthofu, odpowiedzialnego za dostawy cyklonu B do obozu koncentracyjnego i kobiety, dzięki której dziadek nie został skazany na śmierć. Los sprawia, że w Grandzie poznaje miłość swojego życia. Mamy też historię miłości próżnej – Weronika Zasuwa-Pętla i Andrzej Wyspiański, para kochanków, przyjeżdżają do Sopotu na kilka dni wykorzystując to, że mąż kobiety wyjechał w zagraniczną delegację. Schadzka jednak nie idzie po myśli mężczyzny.

Książka jest fantastyczna, choć uważam, że dużo lepiej by wyszło, gdyby Wiśniewski skupił się na trzech pierwszych, wzajemnie przecinających się historiach. Reszta to tylko zbędny dodatek. Charakterystyczne dla pisarza jest to, że jego bohaterowie niemalże w każdej książce powiązani są z Niemcami i Rosją – dwoma najbardziej znienawidzonymi przez Polaków narodami.

Czytając „Grand” delektowałam się każdą historią i bardzo żałuję, że książkę mam już za sobą. Pozostaje mi czekać na kolejną powieść Wiśniewskiego, a wam gorąco ją polecić!

Werdykt: TO READ!!!