Niedawno na blogu pojawił się wpis z moimi odczuciami na temat książki o tym samym tytule (recenzja tu). Wiedziałam, że szybko będę chciała obejrzeć też film z Eddiem Redmaynem. Udało mi się to wczoraj, więc spieszę do Was z recenzją.

Mężczyzna, który psychicznie czuje się kobietą i dąży do odzyskania swojego ciała – to nie jest rola łatwa do zagrania. Książkowy Einar jest opisany jako wysoki, ale wyjątkowo wątłej postury mężczyzna, ze znikomym owłosieniem, dzięki czemu łatwiej mu przebierać się za Lili i ukrywać swoją fizyczną płeć. Eddie Redmayne idealnie pasuje do tego opisu i świetnie odnalazł się w roli Einara/Lili. Jestem pod ogromnym wrażeniem jego gry aktorskiej i tego, jak fantastycznie poradził sobie z rolą kobiecą. Mimika, gesty, uwodzicielskie poruszanie biodrami, stopniowe przeobrażanie się z mężczyzny w kobietę. Fantastyczna rola i to właśnie jemu kibicuję na tegorocznych Oscarach. Alicia Vikander także genialnie poradziła sobie z rolą Gerdy, choć jej postać jest zupełnie inna niż książkowa, bardziej krwista, temperamentna. Nikt w tym filmie nie jest jednak w stanie przebić kreacji Redmayne’a, nawet odtwórca roli najlepszego przyjaciela z dzieciństwa Einara – Hansa, który wygląda dokładnie jak Władimir Putin 😉

Film, w ogólnym zarysie, przedstawia tę samą historię co książka, jednak mocno różnią się szczegółami. Książkowa Greta jest spokojniejsza, szybciej akceptuje transseksualność męża, od razu zaczyna go wspierać – filmowa Gerda jest kobietą pełną energii, ognia, erotyzmu i zaakceptowanie Lili zajmuje jej dużo więcej czasu. W książce kobietą, której portret przyczynia się do obudzenia się Lili, jest Anna, śpiewaczka operowa – w filmie jest to Ulla, tancerka baletowa. Większość bohaterów ma zmienione imiona względem książki, kilku postaci w ogóle nie ma, jak choćby brata książkowej Grety. Przyznam jednak, że nie przeszkadzały mi te zmiany (a rzadko kiedy podoba mi się, gdy film odbiega od książkowej wersji historii), gdyż cała historia była spójna i nieco bardziej krwista.

W książce narracja prowadzona jest w spokojny, czasem nawet zbyt idylliczny sposób. Film, jak przystało na Hollywood, to żywiołowa opowieść pełna dramatów, łez i zagubienia, dążąc do happy end’u. Obydwie wersje jednak ogromnie mi się podobały i szczerze zachęcam zarówno do przeczytania wersji papierowej, jak i obejrzenia wersji filmowej historii Dziewczyny z portretu. A za Eddiego mocno trzymam kciuki 🙂