“Codzienne to samo…

Rachel każdego ranka dojeżdża do pracy tym samym pociągiem. Wie, że pociąg zawsze zatrzymuje się przed tym samym semaforem, dokładnie naprzeciwko szeregu domów. Zaczyna jej się nawet wydawać, że zna ludzi, którzy mieszkają w jednym z nich. Uważa, że prowadzą doskonałe życie. Gdyby tylko mogła być tak szczęśliwa, jak oni.

… aż do dzisiaj

Nagle widzi coś wstrząsającego. Widzi tylko przez chwilę, bo pociąg rusza, ale to wystarcza. Wszystko się zmienia. Rachel ma teraz okazję stać się częścią życia ludzi, których widywała jedynie z daleka. Przekonają się, że jest kimś więcej niż tylko dziewczyną z pociągu.”

O Dziewczynie z pociągu było głośno pod koniec zeszłego roku. Nie było dnia, żebym gdzieś nie natknęła się na tę książkę. A to recenzje na blogach, a to równiutko ustawione rzędy Dziewczyny… w witrynach księgarń. Książka Pauli Hawkins atakowana nawet w supermarketach! Długo się opierałam (takie masowe zainteresowanie czymś początkowo mnie odrzuca), aż w końcu kupiłam. Przecież sam Stephen King stwierdza na okładce, że zarwał noc dla tej książki (btw, nie bardzo przepadam za twórczością Kinga, więc nie wiem, czemu miałby być dla mnie autorytetem). Musiałam się dowiedzieć o co tyle szumu. I po lekturze chyba nawet rozumiem.

Mamy trzy narratorki tej opowieści: Rachel, Megan i Annę. Rachel jest tytułową dziewczyną, która codziennie rano jeździ pociągiem do Londynu, mimo utraty jakiś czas temu pracy. Jej świat zupełnie się zawalił. Wpadła w alkoholizm, mąż zostawił ją dla innej, straciła pracę po pijackiej awanturze. Mimo wszystko próbuje zachować pozory. Pociąg Rachel zawsze zatrzymuje się w tym samym miejscu – naprzeciwko domu młodego małżeństwa, które dziewczyna na swoje potrzeby nazywa Jess i Jasonem. Okazuje się, że ich związek nie jest tak udany, jak Rachel myśli, a Jess, która tak naprawdę ma na imię Megan, pewnego dnia nie wraca do domu i zostaje uznana za zaginioną. Tak się przypadkiem trafia, że główna bohaterka podczas jednej ze swoich podróży dostrzega coś, co może mieć znaczenie dla śledztwa. Oprócz wątku zaginionej mamy jeszcze nieudane małżeństwo Rachel i jej problem z pogodzeniem się, że Tom porzucił ją dla Anny, a po ślubie nawet nie wyprowadzili się z ich byłego wspólnego domu.

Jakiś czas temu udało mi się w końcu przeczytać Zaginioną dziewczynę i chcąc nie chcąc, cały czas porównywałam Dziewczynę z pociągu z książką Gillian Flynn. Na obie powieści swego czasu był szum, obie historie zainteresowały wytwórnie filmowe w Hollywood. Trzeba przyznać, że reżyser świetnie poradził sobie z przełożeniem Gone girl na ekrany kinowe. Czy będzie tak też z powieścią Pauli Hawkins? Myślę, że jest szansa, choć moim zdaniem książka jest dużo słabsza. Rachel jest nieco irytującą postacią i jej wścibianie nosa w nie swoje sprawy jest trochę denerwujące. W książce jednak jej zachowanie jest dobrze wyjaśnione, więc właściwie nie mogę się przyczepić.

Cała historia jak i sposób narracji są całkiem nieźle pomyślane: wątki Rachel przeplatają się z opowieścią Megan i sporadycznie Anny. Powieść wciąga coraz bardziej z każdą kolejną stroną, przez ostatnie 50 stron ciężko było mi się od niej oderwać. Pomysł na zaniki pamięci Rachel spowodowane nadmiernym piciem alkoholu, który właściwie jest kluczowy dla całej historii, można odnotować za ciekawy, jednak… Sama nie wiem, ale książka nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak na to liczyłam. Zaginiona dziewczyna podobała mi się sto razy bardziej, mimo że przed przeczytaniem książki, obejrzałam wersję kinową. Nie potrafię jednak wymienić konkretnych minusów.

Książka wciąga i jest ciekawie przemyślana, więc na pewno mogę ją polecić, ale nie będzie należała do moich ulubieńców tego roku. Nie rozumiem też aż takiego szumu wokół niej. Sama bardzo szybko domyśliłam się, kto stoi za sprawą zaginięcia Megan, a nieczęsto udaje mi się samej rozwikłać zagadki w kryminałach. Mimo wszystko książkę spokojnie można przeczytać bez poczucia straty czasu. 

Werdykt: TO READ