Z natury jestem choleryczką i bardzo szybko i bardzo często się denerwuję, próbuję jednak z tym walczyć. Dziennik uważności zainteresował mnie przede wszystkim ze względu na piękne wydanie, ale liczyłam też po cichu, że sama treść wniesie coś w moje życie. Hmm… chyba rzeczywiście zaczynam przeginać z wiarą w moc poradników…

Książka Corinne Sweet to małe kompendium wiedzy na temat medytacji uważności, mającej pomóc nam osiągnąć spokój umysłu, wpłynąć na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne a przez to i na naszą rodzinę, karierę itd. Poradnik zawiera serię ćwiczeń medytacyjnych, które możemy stosować w zależności od sytuacji: początek dnia, długi dzień w pracy, nieporozumienia, kolejka bez końca itd. Wszystko opiera się na byciu tu i teraz, skupianiu się na rzeczach, o których na co dzień nie myślimy.

Książka od strony edytorskiej jest wspaniała. Niebanalny format przypominający szkolne zeszyty, piękne ilustracje i zachowanie spójnej, biało-turkusowej kolorystyki sprawia, że chcemy ją mieć w swojej biblioteczce, bez względu na jej treść. No właśnie, treść… Strasznie się zawiodłam. Być może wszystkie te ćwiczenia rzeczywiście mają sens i wpływają na poprawę naszego zdrowia i stanu ducha, ale… Po przeczytaniu całej książki, porady mogłabym streścić w kilku słowach: “oddychaj, skupiaj się na drobnych rzeczach, próbuj wizualizować sobie znikanie problemu, bla bla bla”. Nawet sam wstęp, w którym autorka wyjaśnia, dlaczego warto medytować, zupełnie mnie nie przekonał. Zaczęłam czytać niedawno Calm, kolejną książkę poświęconą uważności, i jej forma i treść przemawia do mnie dużo bardziej, niż poradnik Corinne Sweet.

Nie mam pojęcia, co jeszcze napisać na temat Dziennika uważności. Oprócz pięknego wyglądu, nie widzę żadnych powodów, żeby mieć go w swojej biblioteczce i polecać innym.

Werdykt: NOT TO READ