Obiło mi się o uszy już wcześniej co nieco na temat Barnevernetu, dlatego byłam ogromnie ciekawa reportażu Macieja Czarneckiego. Czy w Norwegii rzeczywiście jest tak strasznie i zabierają rodzicom dzieci nawet za drobnego klapsa w pupę? Lektura Dzieci Norwegii sporo wyjaśnia.

Reportaż zaczyna się dosyć mocno: historią Kasi i Sebastiana, którym opieka społeczna zabrała dwójkę dzieci. Starsza córka miała drobną ranę na czole i na pytanie w szkole, co się stało, powiedziała, że została uderzona. Potem sprawa poszła już szybko. Kolejne historie są mniej lub bardziej szokujące, w niektórych przypadkach interwencja była konieczna, w innych wydaje się być zupełnie absurdalna. Maciej Czarnecki przedstawia także rys kulturowy Norwegów, aby łatwiej było nam zrozumieć ich styl życia oraz poglądy na rodzinę i wychowywanie dzieci, zupełnie odmienne od naszych. Całość uzupełniona jest o opinie i komentarze fachowców: naukowców, dziennikarzy, osób związanych zawodowo z tematem opieki społecznej w Norwegii oraz przemyślenia pisarza.

“Wyobraźmy sobie, że mamy rodzica, który zaniedbuje dziecko, bo popadł w alkoholizm. Pracownik fińskiego odpowiednika Barnevernetu powie mu: «Słuchaj, uważamy, że będzie lepiej, jeśli pójdziesz na leczenie, a my w tym czasie zajmiemy się twoim dzieckiem. Proszę, zgódź się.» W Norwegii pracownik nie będzie o nic prosił, tylko wystąpi z wnioskiem o odebranie dziecka do fylkesnemndy”

Czarnecki nie pisał tej książki z konkretnym nastawieniem: “Barnevernet jest zły i kradnie dzieci Polakom”. Dzieci Norwegii to rzetelny reportaż, w którym autor przedstawia zarówno historie świadczące przeciw tej instytucji jak i za. Nie narzuca nam konkretnych opinii, możemy dojść do własnych wniosków na temat polityki rodzinnej w Norwegii, aczkolwiek wydaje mi się, że książka skłania bardziej ku krytyce Barnevernetu. Niejednokrotnie byłam zszokowana brakiem jakiejkolwiek wrażliwości pracowników norweskiej opieki społecznej i dramatem rodziców i dzieci.

“Barnevernet miał wkraczać na wczesnym etapie, za to działać przede wszystkim w domu, bez rozdzielania rodziny. Miał być instytucją głównie pomocową, nie interwencyjną. Bardziej nianią niż policjantem.”

Podoba mi się, że autor reportażu starał się pokazać Barnevernet z różnych stron i popierać je opiniami fachowców związanych z nim zawodowo, niekoniecznie jako pracownicy opieki społecznej. W książce poruszony został również temat, którego nie można było pominąć – zamach oraz strzelanina dokonane przez Andersa Breivika. Czy można byłoby tego uniknąć, gdyby Barnevernet wkroczył do rodziny zamachowca we właściwym momencie?

Reportaż Macieja Czarneckiego to kawał dobrej roboty i kolejna perła wydana przez Wydawnictwo Czarne. Książka zdecydowanie warta uwagi.

 

Werdykt: TO READ!!!

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czarne