Powinnam nagrać film na mój kanał, zamiast pisać o tym na blogu właściwie z nim nie powiązanym, ale… no właśnie, nie chce mi się. I chciałabym wam wyjaśnić, dlaczego.

Pewnie sporo z was nie wie o co chodzi, jaki kanał, jakie jutuby, więc słowem wstępu: we wrześniu rok temu założyłam na YouTube kanał «POMIGANE», na którym opowiada(ła)m migając w polskim języku migowym o moim drugim świecie – świecie Głuchych. Czyli taka bardziej rozbudowana zakładka GŁUCHY ŚWIAT, do tego w języku obcym dla większości Polaków. Filmy, które do tej pory wrzuciłam, wciąż są dostępne. Śmiało, oglądajcie!

Od ostatniego wrzuconego przeze mnie vloga minęło dokładnie 65 dni. Dni, w których o POMIGANE myślałam sporadycznie raz po raz, ale głównie z pewnym zniechęceniem i wyrzutami sumienia. Mam nawet nagrany jeden nowy vlog, który chciałam wrzucić do dwóch tygodniu po ostatnim, ale nie wyszło i nie wiem, czy jeszcze wyjdzie. Powodów jest kilka, zaraz napiszę jakie, wyjaśnię w nich też czemu piszę o tym tutaj, na blogu głównie książkowym.

Nie mam bycia jutuberem we krwi

Kiedy obserwuję, jak dla wielu youtuberów nagrywanie filmów jest czymś naturalnym, czymś, co lubią robić, czym żyją, szczerze im zazdroszczę. Mnie niesamowicie ciężko było zabrać się do nagrania, nawet jeśli miałam temat i dobrze go czułam. Nagrywałam głównie w weekendy, więc trzeba było się ubrać jakoś ładniej (bo piżama i znoszone tiszerty odpadają), umalować (o zgrozo!), ogarnąć włosy, ustawić aparat, 15 razy migać jedno zdanie, żeby wyszło tak, jak sobie wymyśliłam. Już sama myśl o tym pierwszym etapie mnie przytłaczała, a potem jest jeszcze gorzej… Montaż! Przeglądanie, wycinanie, zabawa z obróbką, poprawienie kolorów itp., a i tak na końcu nigdy nie byłam w pełni zadowolona. Ale tak naprawdę to wszystko pikuś, kiedy dojdziemy do… napisów. To moja największa zmora. Mimo że przy ostatnich kilku vlogach miałam małą pomoc (dzięki Natalia!), i tak napisy wymagają sporo pracy, bo w grę wchodzi tłumaczenie z jednego języka na drugi, pilnowanie przedziałów czasowych, dopiski wyjaśniające.

Nie mam nagrywania filmów we krwi. Dużo lepiej wychodzi mi słowo pisane, prowadzenie bloga jest dla mnie bardziej naturalne, bo blogować (bardzo amatorsko) zaczęłam już w gimnazjum. Tutaj mogę napisać tekst, zostawić go w roboczych, żeby ostygł, wrócić do niego, poprawić, co mi nie pasowało, wyrzucić zbędne akapity, dodać nowe. W przypadku vloga, gdy nagrałam film raz i przy montażu zorientowałam się, że czegoś brakuje, czegoś nie dopowiedziałam, nie było mowy, żeby robić jakieś dogrania. Nie chciało mi się, już i tak włożyłam w to wiele pracy.

POWÓD NR 1: Zdecydowanie bardziej wolę słowo pisane niż film. To blogosfera jest moim naturalnym środowiskiem, nie YouTube.

Ja się staram i co z tego mam?

Wszystkie moje treści są w pełni dostępne dla osób słyszących. Teksty na blogu: wiadomo. Instagram: jeśli coś migam, zawsze są napisy, ale 99% wrzucanych przeze mnie treści to treści pisane. YouTube: każdy vlog ma napisy, co więcej, bez tych napisów nie mogę opublikować filmu, bo jaki to ma sens, skoro mój kanał nakierowany jest głównie na słyszących właśnie? Z mojej strony macie więc pełną dostępność. Czy ja mogę liczyć na to samo? Przez kilka miesięcy mocno przejmowałam się tematem jutubów i napisów. Walczyłam, starałam się uczulać, wyjaśniać. Coś się ruszyło na booktubie, tych napisów było coraz więcej, ludzie zaczęli się starać, zapowiadać, że będzie lepiej, ja byłam coraz bardziej podekscytowana, a potem… klops. Po chwilowej poprawie, wróciliśmy praktycznie do stanu początkowego. Ktoś wrzuca jakiś film, którego tematyka mnie wybitnie interesuje, ale po dwóch sekundach nadzieja gaśnie – i tak go nie obejrzę, bo nie ma i nie będzie napisów.

Robienie napisów to kawał ciężkiej roboty. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że może brakować czasu na ich robienie, z drugiej zaś… ja musiałam je robić i nie miałam nic do gadania. Nie mogłam wymawiać się brakiem czasu, zapowiadać, że pojawią się następnego dnia. Musiały być od razu przy publikacji, aby moje vlogowanie miało jakikolwiek sens. Ta nierówność bardzo mocno mi doskwiera, jest powodem frustracji, a że jestem bardzo nerwową osobą – nie robi to mi zbyt dobrze. Postanowiłam więc przestać zajmować się tym tematem, darować sobie przeglądanie różnych kanałów w poszukiwaniu napisów, przestać mieć nadzieję, że obietnice są coś warte. A skoro nie interesują mnie już filmy innych, nagrywanie własnych też przestało mieć dla mnie sens.

POWÓD NR 2: Brak równości w dostępie do treści = napisy vs ich brak.

Bo ja leniwa buła jestem

Ostatni powód jest prozaiczny: jestem leniwym człowiekiem. Przygotowanie się do nagrania, nagranie, montowanie, napisy, to wszystko zajmuje dużo więcej czasu niż napisanie tekstu na blog (co mogę zrobić nawet w tramwaju pisząc w notatniku w telefonie), zrobienie zdjęć na Instagrama i ich obróbka. A skoro bloga nie zamierzam porzucać, bo to właśnie tu jest moje miejsce w sieci, nie chce mi się poświęcać resztek wolnego czasu na coś, co w sumie nie sprawia mi radości. Może gdyby bardziej chciało mi się opanować tajniki sukcesu na jutubie, nauczyć się mistrzowskiego montowania itp., vlogowanie sprawiałoby mi więcej przyjemności. Ale mi się po prostu nie chce.

POWÓD NR 3: Czyste lenistwo

Nocny film - Marisha Pessl

Co dalej z POMIGANE?

Czy wrócę jeszcze do vlogowania? Na ten moment tego nie widzę. Wolę pisać, niż migać do kamery. Wolę mieć większą władzę nad tym, co chcę przekazać. Nie wiem, może zmienię zdanie, może poczuję wenę, żeby nagrać film na jakiś temat. Na ten moment nie mówię, że całkowicie kończę z POMIGANE, ale nie zapowiada się też, żebym wróciła do regularnego publikowania vlogów. I dobrze mi z tym. Cieszę się też, że mogłam wam wyjaśnić, jak stoją sprawy, jakoś tak lżej mi teraz na duszy.

Do przeczytania!