Nie lubię fantasy. Przez długi czas wzbraniałam się przed fantastyką, a kiedy już po nią sięgnęłam i nawet się do niej przekonałam, moje serce zdecydowanie skradło sci-fi oraz dystopie (ale w tym przypadku nie myślę o nich w tej kategorii i kiedy chciałam poszukać «Roku 1984» Orwella w antykwariacie, byłam zdziwiona, że powinnam to zrobić właśnie na dziale fantastyka).

Przez długi czas uważałam, że smoki, elfy, wymyślone magiczne światy są dla dzieci. Nie śpieszno mi było do sięgania po «Hobbita», «Władcę pierścieni» czy sagę wiedźmińską (ta ostatnia zdecydowanie dla dzieci nie jest). Przyszedł jednak czas, aby nadrobić (karygodne) braki i okazało się, że takie lektury nawet sprawiają mi przyjemność. Co nie zmienia faktu, że moje nastawienie do fantasy się nie zmieniło. Czemu więc zdecydowałam się sięgnąć po «Marzyciela» i na domiar złego zakochać się w tej historii? Zobaczmy, czy uda mi się to wam wyjaśnić.

Czemu sięgnęłam po “Marzyciela”

Zacznijmy od opisu książki na tylnej stronie okładki: “Lazlo strange (…) skromny bibliotekarz”. To już właściwie powinno powiedzieć wam wszystko. Jako absolwentka bibliotekoznawstwa i osoba, której marzeniem było (jest?) praca w bibliotece, nie mogłam przejść obojętnie obok książki, w której głównym bohaterem jest osoba po fachu. A kiedy skromny bibliotekarz przeżywa przygodę życia? To daje nadzieję, bo przyznajcie sami, że praca w bibliotece kojarzy wam się z czymś spokojnym, nudnym, bez fajerwerków i niespodzianek. A teraz spójrzcie na okładkę. Po pierwsze: jest niebieska. Jeśli obserwujecie mnie na Instagramie i znacie moje drugie konto, @niebieskibook, pewnie już się domyślacie, że obok tak pięknej niebieskiej oprawy nie potrafię przejść obojętnie. No właśnie, po drugie: okładka jest nie tylko niebieska, ale i niesamowicie piękna! Ta złota ćma, to gwiaździste tło i piękny krój pisma tytułu. Zdecydowanie przykuwa wzrok. A wreszcie powód nr trzy: zachwyty innych czytelników. Nie mogłam jej więc sobie odpuścić, mimo że to fantasy.

O fabule słów kilka

Laini Taylor zabiera nas w magiczny świat niewidzialnego miasta i niebieskich bóstw. Lazlo, przez lata studiując rozliczne zapomniane księgi i pisma, marzył, aby odkryć tajemnice Szlochu, ale nawet w snach nie wiedział, dokąd zaprowadzi go podróż przez pustynię Elmuthaleth. A kiedy już zacznie śnić w nowym miejscu… ale nie uprzedzajmy faktów. Lazlo przez długie lata żył w klasztorze, ale kiedy trafił do biblioteki, czuł, jakby znalazł swoje miejsce na ziemii. Tak dużo czytał, że zyskał przydomek marzyciel – Strange the Dreamer. Ale marzy nie tylko podczas czytania. W Szlochu jego sny wchodzą na zupełnie inny wymiar i czarują nie tylko jego, ale także czytelnika.

Dlaczego nie lubię fantasy

Wspominałam wam już, że nie lubię fantasy, mimo że co jakiś czas sięgam po książki tego rodzaju. Nie chodzi tylko o to, że czuję się za stara na magiczne stworzenia i wymyślone światy. Nowy świat to nowe nazwy, nowe krainy, nowa geografia, religia, historia, fauna i flora. Musi minąć sporo stron, zanim wdrożę się w fabułę, gdzie wszystko jest nowe, gdzie wszystko to wytwór wyobraźni autora. Denerwuje mnie, że muszę zapamiętać dziwne nazwy, żeby orientować się, jaką rolę grają w książce. Wchodzę do zupełnie obcej sobie krainy i pełzam w niej do czasu, aż poczuję się w miarę pewnie, aby wstać i iść na nogach dalej. Przez pierwsze strony ciężko mi się skupić, mój mózg nie przyswaja nowej wiedzy we właściwym tempie i zazwyczaj muszę się cofnąć i na spokojnie przeczytać to jeszcze raz. To mnie bardzo irytuje i potrafi mocno zniechęcić. A jednak potem o tych wszystkich bólach zapominam i daję się porwać historii, dlatego mimo niechęci do fantasy, wciąż i wciąż zdarza mi się sięgać ręką w jej kierunku.

Pióro Laini Taylor, dobra robota tłumacza i słodko pierdzący wątek miłosny

Strasznie się rozpisałam, a właściwie jeszcze nic konkretnego na temat książki Tailor nie powiedziałam. Przejdźmy więc do sedna. Już od pierwszych stron (mimo że oczywiście nie od razu załapałam o co chodzi w samej fabule) oczarował mnie niesamowity baśniowy język. Tutaj chciałabym nie tylko zachwycić się piórem autorki, ale także wyróżnić tłumacza, Bartosza Czartoryskiego, bo zrobił kawał dobrej roboty. Czytanie tej powieści pod względem językowym było niezwykłym doświadczeniem. Styl literacki jeszcze bardziej oddaje magiczność historii Lazla i Szlochu, a historia ta zdecydowanie jest magiczna. Pomysł z marzeniami sennymi kompletnie mnie oczarował, w samym Lazlo ciężko się nie zakochać, i chociaż wątek miłosny (jak zauważyła jedna z dziewczyn na Instagramie) jest zbyt słodko pierdzący, mnie zdecydowanie ujął. Co innego fakt, że zakończenie złamało mi serce, a na następny tom będziemy musieli czekać w Polsce pewnie do 2019 r. Podoba mi się świat, który wykreowała Tailor i już nie mogę się doczekać, jak to wszystko potoczy się dalej.

Podsumowanie

Cieszę się, że mimo moich uprzedzeń do fantasy sięgnęłam po «Marzyciela» i przetrwałam ciężki początek. Historia Szlochu, Lazla i jego marzeń sennych bardzo mi się podobała i fantastycznie spędziłam czas z tą książką. Polubiłam głównych bohaterów i pomysł na fabułę i bardzo polecam wam tę powieść.

 

Werdykt: TO READ!!!

*za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu SQN

 

NA SKRÓTY

«Marzyciel» Laini Taylor to niesamowita opowieść o zaginionym mieście, zemście, rozpaczy, miłości i marzeniach napisana pięknym językiem. Początkowo ciężko było mi wejść w ten nowy świat, ale kiedy już się to udało, kompletnie mnie on zachwycił. Pomysł na wątek z marzeniami sennymi jest fantastyczny, bardzo polubiłam też głównego bohatera – skromnego bibliotekarza Lazlo. Jedynie zakończenie złamało mi serce i już nie mogę doczekać się drugiego tomu. Jeśli lubicie fantasy, ta książka jest dla was! A jeśli, tak jak ja, nie lubicie, również zachęcam was do sięgnięcia po nią, bo być może was również zachwyci.