Lubię zaczynać od debiutów, ale czasami (a nawet bardzo często) mi to nie wychodzi. Tak jak w przypadku twórczości Jessie Burton i jej «Miniaturzystki», po którą sięgnęłam na samym końcu.

Sporo dobrego obiło mi się o oczy na temat tej powieści, ale zanim udało mi się ją przeczytać, zdążyłam zapoznać się z kolejnym tytułem pióra pisarki – «Muzą», a także całkiem świeżo wydaną baśnią dla dzieci, «Marzycielkami». Obie książki mnie zachwyciły, więc szczerze nie mogłam doczekać się spotkania z debiutancką «Miniaturzystą», a tu… klops.

Podświadomość i zmarnowany potencjał

Akcja powieści rozgrywa się w XVII-wiecznym Amsterdamie. Niedawno czytałam «Syrenę i panią Hancock», która przeniosła mnie do XVIII wieku, więc znów stało się to, o czym kiedyś pisałam – zdarza mi się nieświadomie sięgać w krótkim czasie po książki w jakiś sposób powiązane tematyczne i nadal mnie ten dziwny przypadek zaskakuje. Lubię takie podróże, uwielbiam fikcję historyczną, zwłaszcza w filmach, więc tym «Miniaturzystka» u mnie zaplusowała i rozbudziła jeszcze bardziej moje zainteresowanie. Szkoda, że ten potencjał został później zmarnowany.

Miniaturzystka - Jessie Burton

Młoda mężatka, domek dla lalek i tajemnicza miniaturzystka

Główną bohaterką powieści jest młoda Petronela, która po miesiącu od ślubu ze starszym mężczyzną, znanym amsterdamskim kupcem, dociera do swojego nowego domu. Pierwsze wrażenie nie jest najlepsze – nikt na nią nie czeka, a kiedy już udaje jej się wejść do środka, spotyka się nie z takim powitaniem, na jakie liczyła. Kolejny dni pokazują jej, że to małżeństwo nie będzie jednym z tych, o których opowiadała jej matka. Petronela w prezencie ślubnym od męża dostaje domek dla lalek w formie kredensu. Domek ów to odwzorowanie ich własnej kamienicy, a późniejsze miniaturki, które Petronela otrzymuje od tajemniczej miniaturzystki, wyglądają dziwnie znajomo i niepokojąco pokazują to, o czym mają prawo wiedzieć tylko mieszkańcy domu Oortmanów.

Co z tym zakończeniem «Miniaturzytki»?

Podoba mi się pomysł na fabułę i uważam, że miał ogromny potencjał na fantastyczną powieść, ale gdzieś po drodze cała historia zaczęła iść w tak dziwnym kierunku, że przestałam rozumieć, co w tej książce się dzieje. XVII-wieczny Amsterdam ukazany przez Burton jest fascynujący i przerażający jednocześnie. Autorka stara się opisać rzeczywiste realia panujące w tamtym czasie, jednocześnie buntując postaci żeńskie przeciw ówczesnym obyczajom. Ten punkt odnotowuję na plus. To ukazanie, że coś, co dzisiaj jest już społecznie akceptowane (chociaż wciąż nie wszędzie i nie zawsze), a w tamtych czasach powszechnie było negowane, spotykało się także ze zrozumieniem nielicznych jednostek. «Miniaturzystka» mogła być może nie fenomenalną, ale bardzo dobrą powieścią. Ale zakończenie wszystko popsuło.

Miniaturzystka - Jessie Burton

I co dalej…?

O co chodzi z tytułową miniaturzystką? Do czego prowadzą działania głównej bohaterki? Powieść kończy się bez żadnej puenty, bez żadnego wyjaśnienia, bez kropki nad i. To zawieszenie jest jak pokazanie czytelnikowi figi z makiem. Jesteś ciekawy, o co właściwie chodziło z tymi figurkami? Czy losy bohaterów potoczyły się tak, a nie inaczej? To sobie bądź ciekawy, bo ja ci nic nie wyjaśnię. Chyba pierwszy raz po zakończeniu powieści byłam tak sfrustrowana. Pióru autorki nie można nic zarzucić, powieść pod względem kunsztu literackiego jest naprawdę dobra, ale to, w jakim kierunku poszła fabuła, mocno mnie rozczarowało.

Werdykt: NOT TO READ

 

NA SKRÓTY

«Miniaturzystka» Jessie Burton to powieść bardzo specyficzna. Fabuła osadzona jest w XVII-wiecznym Amsterdamie, w typowej kupieckiej kamienicy, ale bohaterowie nie mają nic wspólnego z typowymi Holendrami ówczesnych czasów. Autorka miała ciekawy pomysł na historię, ale w pewnym momencie wszystko zaczyna iść w zbyt dziwnym kierunku, a urwane zakończenie to kropka nad i tego zniszczenia dobrze zapowiadającej się powieści. Niestety jestem rozczarowana.