O ile mnie pamięć nie myli, rzadko kiedy daję komuś drugą szansę. Dotyczy to także pisarzy i ich twórczości. Zdarzają się jednak wyjątki od reguły, jak na przykład teraz.

Swoją opinię na temat polskiej literatury obyczajowej wyrażałam już nie raz. W skrócie: nie przepadam. Czemu więc zdecydowałam się sięgnąć po nową książkę Magdaleny Witkiewicz, zwłaszcza, że nasze pierwsze spotkanie nie było udane? Zaraz wam wszystko wyjaśnię. 

Najpierw były «Czereśnie zawsze muszę być dwie» i na tym miało się skończyć

Magdalena Witkiewicz to jedna z najpopularniejszych polskich pisarek literatury obyczajowej, do tego wydawnictwo Filia robi fantastyczną robotę z okładkami kolejnych powieści jej pióra, więc prędzej czy później musiałam sięgnąć po którąś z jej książek. Pech chciał, że padło na «Czereśnie zawsze muszą być dwie», uroczy tytuł kryjący historię z tych, które od literatury obyczajowej mnie odrzucają. Fabuła, ale także styl, w jakim została opowiedziana, pokazały mi, że twórczość Witkiewicz jest zdecydowanie nie dla mnie. A potem sięgnęłam po zimową antologię «Zakochane Zakopane» i właśnie opowiadanie Magdaleny najbardziej mnie do siebie przekonało. Miało w sobie coś, co przykuło moją uwagę, styl też bardzo mi się podobał, więc stwierdziłam, że warto dać autorce drugą szansę. Jak na tym wyszłam?

Jeszcze się kiedyś spotkamy - Magdalena Witkiewicz

A może by tak dać Magdalenie Witkiewicz drugą szansę?

No dobra, może te Czereśnie to był wypadek przy pracy i teraz będzie dużo lepiej? Zwłaszcza że opis «Jeszcze się kiedyś spotkamy» zapowiadał zabieg, który wprost uwielbiam – przeplatanie się teraźniejszości z przeszłością, dwa różne wątki, które jednak są ze sobą powiązane. Przymknęłam oko na wątek wojenny, którego staram się unikać (zbyt mnie przytłacza), bo czułam, że ta powieść może naprawić moje relacje z twórczością Witkiewicz. I chyba rzeczywiście naprawiła, ale nie tak, jak na to liczyłam. Przeplatające się wątki nieco mnie rozczarowały, a dokładniej sposób, w jaki się przeplatają i ich powiązanie, ale to pewnie przez książki Jojo Moyes miałam za duże oczekiwania. Sam pomysł na fabułę jest piękny i przejmujący, zwłaszcza że Magdalena inspirowała się historią rodzinną, więc w pisanie tej powieści musiała włożyć dużo serca, pewnie więcej, niż zazwyczaj. Ale…

Dlaczego lepiej nie czytać jednej książki wojennej po drugiej

Po «Jeszcze się kiedyś spotkamy» sięgnęłam zaraz po «Jeźdźcu miedzianym» Paulliny Simons. Akcja tej drugiej powieści rozgrywa się w Związku Radzieckim w czasie II wojny światowej, a dokładniej w Leningradzie w czasie wielkiego głodu. Simons opisuje ten czas bardzo dosadnie, nie oszczędza czytelnika, sprawia, że czytając o tym zakrywasz sobie usta i oczy w przerażeniu. Magdalenie Witkiewicz, chociaż również próbowała pokazać tragedię wojny i to, co działo się w Grudziądzu, nie udało jej się tego osiągnąć w ten sam przejmujący sposób. W «Jeźdźcu miedzianym» przeżywałam wszystko z głównymi bohaterami, tutaj prawie nie obchodził mnie ich los, ponieważ nie potrafiłam wczuć się w to, co się wokół nich dzieje. Nadal też uważam, że polskie pisarki literatury obyczajowej mają problemy z dialogami i zachowaniem naturalności wypowiedzi swoich bohaterów. Witkiewicz często w usta swoich postaci wkłada filozoficzne, wzniosłe frazesy, które są bardzo sztuczne w odbiorze. Tak było w «Czereśniach», to samo znalazłam w «Jeszcze się kiedyś spotkamy», ale tym razem przymykałam na to oko, bo fabuła całości naprawdę mi się podobała.

Jeszcze się kiedyś spotkamy - Magdalena Witkiewicz

Podsumowując

Nie zostanę wielką fanką twórczości Magdaleny Witkiewicz, ale bardzo się cieszę, że dałam jej drugą szansę, bo «Jeszcze się kiedyś spotkamy» zdecydowanie na to zasłużyło. Powieść nie jest idealna, ale to piękna i przejmująca historia, której warto dać szansę. Tym bardziej, że inspirowana jest pewnymi wydarzeniami z dziejów rodziny samej autorki. 

Werdykt: TO READ

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Magdalenie Witkiewicz. Zrecenzowanie Twojej książki było czystą przyjemnością!