“Mikael Blomkvist przechodzi kryzys i rozważa porzucenie zawodu dziennikarza śledczego. Lisbeth Salander podejmuje duże ryzyko i bierze udział w zorganizowanym ataku hakerów. Ich drogi krzyżują się, kiedy profesor Balder, ekspert w dziedzinie badań nad sztuczną inteligencją, prosi Mikaela o pomoc. Profesor posiada szokujące informacje na temat działalności amerykańskich służb specjalnych. Mikael zaczyna pracę nad sensacyjnym artykułem, który może uratować jego karierę.”

Bałam się tej książki, mimo tego, że po premierze miała sporo pozytywnych recenzji. Historia Mikaela i Lisbeth była dla mnie skończona po trzecim tomie Millenium, ostatnim napisanym przez Stiega Larssona. Co nowego mógłby wymyślić Lagercrantz? I jakim cudem miałby dorównać w, co najmniej, zadowalającym stopniu fenomenalnemu pióru Larssona? Nierealne. Książka jednak trafiła do mojej biblioteczki i przyznam, że jej lektura nie była aż tak traumatyczna, jak się tego spodziewałam.

Minęło kilka lat po głośnej sprawie z Zalachenką. Blomkvist, za sprawą nagonki medialnej zaczyna czuć, że wypalił się już jako dziennikarz. Nie odnajduje się w nowych mediach, nie trafia ze swym dziennikarstwem do młodego pokolenia. Jednak na jego drodze staje temat, który może odwrócić losy jego kariery. Profesor Frans Balder, słynny naukowiec zajmujący się sztuczną inteligencją, wpadł w niezłe kłopoty i grozi mu śmierć. Jak najszybciej chce podzielić się tajemnicą właśnie z Mikaelem. W całą sprawę okazuje się być zamieszana również Lisbeth, która miałam okazję wziąć udział w jednym z wykładów Baldera i zaimponować mu swoją inteligencją. Blomkvist i Salander mają okazję znów pracować razem.

Jest dobrze, ale mogło być lepiej. Wątek Baldera, sztucznej inteligencji, agencji szpiegowskiej i autystycznego Augusta, syna Baldera, mają świetny potencjał i Co nas nie zabije mógł być kolejnym wciągającym i poruszającym tomem Millennium. Lagercrantz sprawił jednak, że historia jest zbyt przegadana. Brak jej wciągającej, wartkiej akcji, porywających momentów, do jakich przyzwyczaił nas Larsson, zagadek, które coraz bardziej intrygują kolejnymi wypływającymi elementami, a których całkowite rozwiązanie następuje dopiero na końcu. A już najbardziej brakowało mi tej adrenaliny, pościgów z bronią, walki, ostrego języka Lisbeth, który pasowałby do danej akcji. Zamiast tego mamy kilka długich rozmów różnych osób, które wyjaśniają w ten sposób wszystkie najistotniejsze informacje i znaczące fakty, masę wspomnieć o dzieciństwie Lisbeth, jej trudnym charakterze, sprawie z Zalachenką itd. Lagercrantz wspominał wszystko tak, jakby książka była skierowana do ludzi, którzy nie czytali poprzednich tomów Millennium i bez dokładnych wyjaśnień nie będą wiedzieli, o co chodzi, a moim zdaniem bez tego nie ma sensu czytać samego Co nas nie zabije.

Pisarz bardzo starał się, aby jego książka jak najbardziej pasowała do wcześniejszych tomów Millennium, dlatego aż do przesady wykorzystywał wcześniejsze wątki i bohaterów. Ponownie spotykamy się z Sapo, z komisarzem Janem Bublanskim i Sonją Modig, prokuratorem Ekstromem, wspomniany jest nawet Hans Faste, który przysporzył sporo kłopotów w drugim i trzecim tomie serii. Rozumiem potrzebę ciągłości akcji, ale brakowało mi świeżości, oryginalności historii. Gdyby książkę pisał Larsson, to wszystko miałoby sens. W przypadku Lagercrantza było zbyt sztuczne i niekiedy wymuszone.

Co nas nie zabije ma około 500 stron, a powinna mieć co najmniej połowę więcej. Gdyby Lagercrantz nieco bardziej się wysilił, poświęcił więcej uwagi niektórymi fragmentom, mocniej je rozbudował, książka byłaby świetna. Więcej akcji! Tego mi najbardziej brakowało, akcji. Nie do końca też czułam w Mikaelu tego prawdziwego, zadziornego i odważnego Blomkvista.

Na początku napisałam, że nie było tak najgorzej, a potem tylko krytykuję i krytykuję ;). Summa summarum, nie uważam czasu spędzonego na czytaniu Co nas nie zabije za stracony. Sama historia jest ciekawa i miło było wrócić do ‘przygód’ Blomkvista i zadziornej Lisbeth. Jednak w moich oczach trudno komukolwiek dorównać Larssonowi, dlatego tak ostro oceniłam Lagercrantza. Tym razem nie będę Wam jednak pisać to read czy not to read. Samej mi jest to ciężko stwierdzić.