in Books

„Ch**owa Pani Domu” – Magdalena Kostyszyn

at
chowa-pani-domu-magdalena-kostyszyn

dsc_2859

“Pierwszy poradnik w wersji #nofilter, z którego (nie) dowiesz się między innymi:

  • jak nie gotować i nie prowadzić gospodarstwa domowego
  • jak nie celebrować Dnia Ręcznika
  • oraz jak nie zostać Miss Świata.

Książka – jak pisze autorka – powstała z tęsknoty za normalnością, z potrzeby stawienia czoła problemom współczesnych kobiet. Gdy na próżno dążymy do osiągnięcia doskonałości, zejście na ziemię wydaje się najprzyjemniejszym uczuciem na świecie. Tym bardziej, że lektura ułatwia spojrzenie na świat z humorem, ironią oraz z zdrowym dystansem do siebie i innych.”

Byłam ciekawa tej książki na długo przed premierą. Znam fan page chujowej pani domu na facebooku i bardzo lubię go przeglądać od czasu do czasu, ale kiedy dowiedziałam się, że Magdalena Kostyszyn wydaje książkę, mocno się zdziwiłam. O czym ona właściwie ma być? Kolejna książka blogera o niczym, napisana tylko na fali popularności? Podchodząc więc do lektury, byłam sceptycznie nastawiona do treści. Ch**owa Pani Domu jednak pozytywnie mnie zaskoczyła

Obawiałam się, że będzie to poradnik w stylu: “Jak pokazać światu, że nic mnie nie obchodzi: bałagan w domu, wrzeszczące dziecko i nieogarnięcie w pracy; jak być fleją i być z tego dumną”. Na początku lektury miałam wrażenie, że książkę napisała sfrustrowana kobieta, której celem życia jest hejtowanie wszystkiego wokół. To chyba przez ten mój sceptyzm. Jednak z każdą kolejną stroną śmiałam się coraz bardziej i często przytakiwałam, zgadzając się z autorką. Mój śmiech zaintrygował mojego chłopaka, który czasem podczytywał ze mną fragmenty i stwierdził, że sam musi przeczytać Ch**ową Panią Domu, bo autorka z wieloma sprawami trafia w samo sedno. Okazuje się więc, że ta książka, z pozoru skierowana do kobiet, trafia treścią również do facetów.

Magdalena Kostyszyn w swojej książce porusza takie tematy jak: małżeństwo i kupowanie mieszkania na kredyt, posiadanie i nie posiadanie dzieci czy stosunki sąsiedzkie. Wszystko okraszone jest dużą dawką humoru, ale pod sarkastycznymi uwagami kryje się sama prawda. Co prawda wydaje mi się, że autorka czasem wyolbrzymia pewne rzeczy, ale pasuje to do charakteru książki.

Ch**ową Panią Domu czyta się błyskawicznie. Świetna książka na jesienną chandrę, gdy wszystko wokół zaczyna nas denerwować.

 

Werdykt: TO READ

*za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Znak Literanova

Share:

Marth

Marth. Studentka bibliotekoznawstwa ze ścieżką edytorską, zakochana w książkach po uszy. Na dodatek kociara. Ten blog to miejsce, w którym może dzielić się swoją pasją.

  • w1kt0r1a

    „Byłam ciekawa tej książki na długo przed premierą. Znam fan page chujowej pani domu na facebooku i bardzo lubię go przeglądać od czasu do czasu, ale kiedy dowiedziałam się, że Magdalena Kostyszyn wydaje książkę” – Książka, książka, ksiażka… A jest tyle innych słów, chociażby kodeks, pozycja, publikacja, no, cokolwiek, od groma tego…
    „domu na facebooku” – To nazwa własna, takie pisze się wielką literą.
    „Kolejna książka blogera o niczym” – Kim jest „bloger o niczym”, to jakaś nowa kategoria? Nie orientuję się zbyt dobrze w świecie złudnego fejmu.
    „sceptyzm” – Nie wiem, co to jest, ale mam nadzieję, że nie jest zaraźliwe.
    „Mój śmiech zaintrygował mojego chłopaka, który czasem podczytywał ze mną fragmenty” – Brakuje mi tu tylko „czasem podczytywał z moją mną”. Serio, to się dało napisać bez powtarzania, jak bardzo Twój był zarówno śmiech, jak i facet. Wszyscy wiemy, że jest Twój, w końcu M.
    „Okazuje się więc, że ta książka, z pozoru skierowana do kobiet, trafia treścią również do facetów.” – Dosyć śmiały wniosek, biorąc pod uwagę, że wysnuwasz go na podstawie reakcji JEDNEGO przedstawiciela płci męskiej.
    ” sama prawda. Co prawda ” – Prawda to jest jedyna słuszna: to powtórzenie dało się spokojnie zastąpić, gdyby się przeczytało tekst przed publikacją. Ta „recenzja” jest zbyt krótka, żebyś pozwalała sobie na tego typu błędy. Nie ma tu przede wszystkim żadnego konkretu. Niczego, co w jakikolwiek sposób dałoby czytelnikowi jakieś pojęcie na temat tej pozycji. Był sarkazm, był humor – no świetnie, ale poza wyświechtanym frazesem nie napisałaś niczego wartościowego. Nie wiem, czy charakteryzuje się styl, co właściwie Cię aż tak niesamowicie bawiło, co zapadło Ci w pamięć, jakie są mocne i słabe strony pozycji, nie wspomnę już, że o samym wydaniu nie napisałaś nic. Zrobiłaś jedynie reklamę wydawnictwu, nie mówiąc nic o okładce, papierze, redakcji, błędach, ich braku, oprawie graficznej, cenie. Nic, zero null. Recenzja to nie krótki opis wrażeń z tego, co się przeczytało, to raczej coś, co powinno uzupełniać informacje zawarte na okładce książki. Coś, co powie czytelnikowi, czy pozycja jest dla niego. A tej części zdecydowanie tu nie ma.

    • Dzięki, że chciało Ci się tak dokładnie przeanalizować mój wpis. Kilka uwag wezmę sobie do serca. Myślę jednak, że w przypadku tej książki informacje na temat okładki, papieru, oprawy graficznej są zbędne. Czasem biorę to pod uwagę, gdy rzeczywiście uważam, że są godne wzmianki.
      Nie będę się rozwodzić dalej na temat treści tej recenzji, która według Ciebie recenzją nie jest. Napisałam to, co uważałam za słuszne. Sama lubię treściwe recenzje bez zbędnego analizowania każdego rozdziału książki.