Przed rozpoczęciem lektury drugiej książki Sindery, wróciłam do swojej opinii na temat debiutanckiej «Wróżdy», aby przypomnieć sobie, jakie miałam do niej zarzuty i na co przy lekturze «Żmija» powinnam najmocniej zwrócić uwagę.

Debiuty rządzą się swoimi prawami i jedni autorzy dopiero zaczynają przy nich szlifować swój warsztat, a inni od razu wysoko podnoszą sobie poprzeczkę dla kolejnych książek. W przypadku Marcina Sindery jest to pierwsza opcja, dlatego byłam ciekawa, jak się będzie miał «Żmij». Czy pióro autora się rozwinęło? W którym kierunku pójdzie historia Draconisa i czy moje poprzednie zarzuty tym razem zostaną wybronione?

Moje problemy z «Wróżdą»

Po lekturze pierwszego tomu miałam mieszane uczucia. Największy zarzut mam do tego, jak przedmiotowo są tu traktowane kobiety. Byłam ciekawa, czy w drugiej części coś się zmieni. Czy autor da czytelnikowi jakieś silne kobiece postaci, czy nadal będą to bohaterki stworzone do pomiatania przez silnych, jurnych wojów. Druga sprawa to styl autora, którego w pierwszym tomie… nie było. Czułam, że pod względem pióra to zwykła opowieść bez polotu, prosta, poprawna, bez czegoś, co nadałoby, jej charakteru. Jak Sindera poradził sobie z tym w «Żmiju»? 

Żmij - Marcin Sindera

Dziewki, niewolne i traktowanie kobiet przez pogańskich wojów

No niestety, mój pierwszy zarzut i największy ból przy lekturze «Wróżdy» powtórzył się także w «Żmiju». Chociaż autor daje cień nadziei na to, że tym razem będzie lepiej i kobiety będą coś znaczyć (bo tym razem faktycznie pojawia się kilka żeńskich bohaterek mających znaczenie dla fabuły), ostatecznie i tak służą one głównie do zaspokajania chuci panów, wojów i rębajłów. Mam wrażenie, że tym razem aż do przesady i przemoc względem kobiet jest tu nadużywana i totalnie zbędna dla fabuły. Zupełnie nie rozumiem, czemu non stop któryś z męskich bohaterów musiał sobie pochędożyć, bo totalnie nic to do książki nie wnosi. No, chyba że pomyślimy o męskich czytelnikach, którzy lubują się w takich klimatach. 

A co z piórem i stylem opowieści?

Tu zdecydowanie Sindera się wyrobił. Dostosował styl opowieści do fabuły i to wyszło mu naprawdę dobrze. Już nie tylko dialogi stylizowane są na średniowieczne, ale i narracja trzyma się tych klimatów. Dodatkowo autor zastosował też kilka ciekawych zabiegów w samej formie opowieści, co kwitowałam podczas lektury zadowolonym przytakiwaniem głową. Pod tym względem mogę więc napisać, że Sindera zrobił na mnie dobre wrażenie i dać mu plusa za faktyczne rozwijanie swojego pisarstwa.

Żmij - Marcin Sindera

Draconisie, gdzieżeś ty nas wywiódł

Przez większość lektury miałam mniej więcej takie myśli: „ok, jest nieźle, ładne pióro, ciekawie stylizowane, widać progres u autora, czyta się lepiej niż Wróżdę, ale w sumie szału nie ma, fabularnie nie jest to jakoś mocno niesamowite, choć czas akcji (IX wiek) sprawia, że książka jest dla mnie dosyć oryginalna”. W opinii na temat «Wróżdy» napisałam, że nie jestem pewna, czy chcę poznać dalsze losy Draconisa. Cieszę się jednak, że mimo wszystko sięgnęłam po «Żmija», bo zakończenie totalnie wybiło mnie z kapci. Zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i takiego kierunku fabuły. Lubię ten moment, kiedy po zakończeniu książki myślę sobie „wow, to było naprawdę niezłe!”, nawet jeśli później przypomnę sobie o swoich uwagach do innych elementów. 

Podsumowując

Największym problemem książek Sindery jest przedmiotowe traktowanie w nich kobiet i niejakie pławienie się w tym. To wiele im ujmuje. Gdyby nie to, spokojnie przyznałabym «Żmijowi» 4/5, bo fabularnie jest to bardzo ciekawa powieść. Nadal uważam, że to książka bardziej dla męskiego grona czytelników, z myślą o nich pisana, bo jest tu sporo flaków, sporo krwi i pierwotnej, zwierzęcej przemocy i agresji. Czy polecam? Zdecydowanie bardziej niż «Wróżdę». Czy sięgnę po trzeci tom, gdyby takowy miał się pojawić? Myślę, że tak.

Werdykt: TO READ

*wpis powstał we współpracy z Wydawnictwem Lira