Co zrobić, kiedy jesteś fanką jakiegoś pisarza, wychodzi jego kolejna książka, na którą czekałaś od kilku miesięcy, i kiedy już trafia w twoje ręce, okazuje się być lekkim rozczarowaniem?

Nie wiem, jak wy, ale ja wtedy zaczynam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, czy może zrobiłam się za bardzo wymagająca, za bardzo się czepiam i skupiam nie na tym, na czym powinnam? Zawsze też jest mi nieco przykro, ale jednocześnie liczę na to, że już kolejna powieść bardziej przypadnie mi do gustu. Tak jak teraz, w przypadku Jakuba Małeckiego i jego «Saturnina».

O twórczości Jakuba Małeckiego słów kilka

Uwielbiam twórczość Małeckiego. Żadna z jego poprzednich książek mnie nie zawiodła, choć jedne były lepsze, inne nieco słabsze. Lektura każdej z nich była wspaniałym literackim przeżyciem i każdą z nich mogłabym uznać za jedną z lepszych książek przeczytanych w danym roku. Co zatem poszło nie tak z «Saturninem»? Czemu czuję zawód, chociaż jednocześnie nie mogę powiedzieć, że to zła, słaba książka i nie tego się spodziewałam po autorze? Jak mogę czuć zawód, kiedy to powieść nazywana tą najbardziej osobistą, bo przemycającą rodzinną historię?

I znowu to samo

Największy problem z «Saturninem» mam taki, że to już było. To kolejna książka, w której Małecki sięga po wojnę i jej tragedię, ale też po współczesną młodość i nieporadność. Autor kojarzony jest z małymi, prawdziwymi dramatami ludzkimi, które opisuje w taki sposób, że faktycznie są one nam bliskie i do tego się przyzwyczaiłam, to w jego książkach lubię, za to jego jego twórczość cenię. Ale przy «Saturninie» poczułam się zmęczona. Tym, że znów mamy 30-latka, który musi odchorować dzieciństwo i w jakiś sposób wciąż jest nieporadny życiowo. Chociaż to nie dorosłe życie Satka jest przedmiotem tej książki, już sam początek, kiedy o tej dorosłości wspomina, a potem zaczyna nam opowiadać o swoim dzieciństwie, wywołały we mnie jakieś takie poczucie, że znów dostaję do samo. 

II wojna światowa jako niekończąca się historia

Nieco mniej przeszkadza mi temat wojny, może ze względu na to, jaki tym razem jej fragment został w «Saturninie» poruszony, ale… Mimo wszystko tym też poczułam się zmęczona. Bo to już było i ile można. Może moje myślenie jest złe, może wciąż czujemy potrzebę przetrawienie tego, co zdarzyło się 80 lat temu. Nie wiem, ale ja czuję już przesyt. «Saturnin» jest wyjątkowy z tego względu, że autor przemycił w nim rodzinną historię, ale zmienił ją na potrzeby fabuły. Zastanawiam się, czy gdyby ta powieść była napisana w innej narracji, bardziej by mi przypadła do gustu, wywarłaby na mnie większe wrażenie. No właśnie.

Tęsknię za starym Małeckim

Autor kupił mnie przede wszystkim swoim piórem. Pięknym językiem i lekką baśniowością, tym realizmem magicznym swoich powieści. Kilka jego pierwszych książek było napisanych w trzeciej osobie, ale potem autor jakby zszedł na ziemię, zaczął w roli narratora podstawiać swoich bohaterów, jednocześnie odbierając im to piękno wypowiedzi narratora trzecioosobowego. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo w «Dżozefie» czy «Horyzoncie», ale już przy «Saturninie» poczułam rozczarowanie. Myślę, że ta książka byłaby dużo lepsza, gdyby została opowiedziana przez narratora trzecioosobowego, a nie samych bohaterów tej historii.

Podsumowując

«Saturnin» nie jest złą książką, bo nawet słaby Małecki to świetny Małecki. Moje obiekcje dotyczące powieści są w stu procentach subiektywne i trochę mi z tym źle, że nie mogę się nią zachwycać tak, jak wcześniejszymi tytułami autora. Nie odradzam wam jej zatem, ale też nie mogę uczciwie napisać, że to piękna, świetna powieść, którą z ręką na sercu polecam. Dzisiejszy wpis zostawię zatem bez werdyktu.

*za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu SQN